Zachęcony recenzją Jacka opisu ostatniej wyprawy – wrodzona skromność nie pozwala mi jej zacytować – kreślę kilka słów na temat dzisiejszego wypadu.
W porównaniu z OTR-owymi, wycieczka miała super kameralny wymiar. Wczesna godzina odstraszyła potencjalnych uczestników, co śmielsi polecieli do Warszawy, a główny trzon OTRowych zwolenników przymierzał się do celu oświęcimskiego.
My jednak ze względów rodzinnych i temperaturowych spotkaliśmy się o 8 rano na stacji Orlen przy ul. Ks. Józefa.
Myślę, że oprócz samej jazdy jest to bardza fajna okoliczność wyjazdów. Bez względu na różnicę wieku, status rodzinny i finansowy toczą się podczas jazdy niezobowiązujące rozmowy, dzięki którym możemy sie lepiej poznać. Bo jednak samo ściganie to trochę, moim zdaniem mało, aby czerpać przyjemnośc z tego rodzaju eskapad!
Trasa powielała w pewnym stopniu ostatni chill OTR. Piekary, Liszki, kapliczka w Piekarach, omijamy Wyźrał, aby skrótem wypaść na drogę z Liszek do Czernichowa. Prowadzę przez centrum małym podjazdem, potem w kierunku promu i wreszcie wąską, pełną żwiru drogą lecimy w stronę Kłokoczyna. Czas upływa szybko, kilometry też. W sumie jest płasko, takie też było założenie. Z Rusocic jedziemy w kierunku przeprawy przez Wisłę. Mimo wczesnej pory zaczyna doskwierać upał. Współczujemy późniejszej grupie, tym bardziej, że tu i ówdzie widać przygotowania do procesji. W Chrząstowicach gubię drogę i zamiast wzdłuż Wisły odbijamy w kierunku Brzeźnicy. Nie ma tego złego – etc…, bo mierzymy się z podjazdem na Kossową Górkę, by potem delektować się równiutkim asfaltem na DK44. Ruch minimalny, można było sypać prosto do Skawiny. Jednak za Brzeźnicą odbijamy na lokalne drogi w kierunku Pozowic. Na kilka krótkich kilometrów wpadamy na WTR, która daje nam oddech od niezbyt równej jezdni. Szczęście trwa krótko, przed Ochodzą wracamy na lokalny trakt. Mimo lekko przeciwnego wiatru dość szybko osiągamy Kopankę. Ruch trochę większy, nie zawsze da się jechać bezpiecznie obok siebie. Wymieniamy uwago na temat ewentualnej dyskwalifikacji Frooma, przydatności liczników rowerowych i przewagi ram karbonowych nad aluminiowymi. Pojawiają się też tematy wychowawcze i zagadnienia połączenia osobistych pasji z obowiązkami rodzinnymi.
Ani się spostrzegliśmy i jesteśmy w Tyńcu. Ze względu na przewidywane przeładowanie ścieżki rowerowej wybieramy Tyniecką. Dostajemy motorka do tyłków i po zmianach szybciutko docieramy do moich „rodzinnych” Pychowic, z których akurat wyrusza procesja. Nie dołączam do niej miedzy innymi ze względu na mój nieco zbyt ekstrawagancji jak na kościelną uroczystość strój. Poza tym nie wziąłem ze sobą kwiatków do sypania, a woda z bidonu nie kwalifikuje się na święconą :).
Nieco wcześniej rozstajemy się, umawiając się na kolejny wypad na sobotę.
10.37 kotwiczę w domu. Jacek ma jeszcze około 10 km do siebie. Według mojego tracka ( włączyłem go jakieś 3 km od Orlenu) przejechałem 65 km, różnica wzniesień 309 m., średnia 28 km/h. NIecoi ponad 2 h przyjemnego kręcenia bez napinki i tracenia oddechu. Po prostu taka bardziej zaawansowana wycieczka, nie wiem czy w pełni zaliczona, bo bez fotek i filmiku :).
Ale nie dajmy się zwariować, mam nadzieję, że moja krótka relacja zastąpi elektroniczne gadgety…
PS. Sponsorem muzycznym relacji jest Suzi Quatro, którą puściłem sobie podczas pisania 🙂