Dziś co nieco o dwóch rodzajach wody – leczniczej i ognistej, i ich wzajemnych relacjach.
Bordżomi było pierwszym etapem wycieczki zaprojektowanej specjalnie dla nas przez Vazhę. Sporo kilometrów, wiele ciekawych miejsc, między innymi rodzinne miasto Stalina – Gori. Nie mogliśmy się doczekać, żeby wyjechać na kilka dni ze stolicy, która już o tej porze roku zaczynała być gorąca i duszna. Podobno w lecie bardzo trudno tu wytrzymać, kto żyw ucieka poza kotlinę, w której położone jest miasto. Zbawieniem jest zbiornik wodny, położony w pobliżu Tbilisi, nad którym można nieco od upałów odetchnąć.
Ponieważ dotarcie do niektórych miejsc komunikacją publiczną mogło nastręczać spore kłopoty, zdecydowaliśmy się wynająć „marszrutkę” z kierowcą. Człowiekiem raczej mrukliwym, ale bez protestów akceptującym wszelkie zmiany trasy. Koszt na dwa dni to około 150 zł.
Gdybyście chcieli uzyskać więcej informacji o Bordżomi, które jest czymś w rodzaju gruzińskiej Krynicy, to po wygooglowaniu „zaleją” was informacje o słynnej wodzie mineralnej. W Polsce jest dostępna za – bagatela – cenę 60 zł za zgrzewkę 12 półlitrowych butelek. Nie jest tak znana jak francuska „Evian”, ale w dawnym ZSRR, a obecnie w byłych republikach jest uznawana za rarytas.
Gdyby nie woda, to niewielkie miasteczko pozostałoby zapewne jedną z wielu gruzińskich miejscowości na prowincji. Na razie kluczymy niewielkimi uliczkami, żeby trafić do domu Nikoloza i jego rodziny, u których zatrzymamy się na jeden nocleg. Nikoloz jest „gitarowym” uczniem Vazhy, który już sam dorobił się swoich wychowanków. Po przyjeździe serdecznie wita nas cala rodzina, właściwie wszyscy mówią po rosyjsku, chociaż młodszym Gruzinom przychodzi to już z niejakim trudem. Nie zatrzymujemy się na długo, bo po podróży warto rozprostować kości. Spacerkiem idziemy do parku, podziwiając po drodze uzdrowiskowe zabudowania. Cóż, nie zawsze są w dobrym stanie, ale widać, że powoli poddawane są restauracji.
Wody mineralne zostały odkryte w 1829 roku przez żołnierzy Carskiego Chersońskiego Regimentu Grenadierów, których dowódcę, pułkownika Pawła Popowa, zaintrygowały źródła bijące nieopodal rzeki Kury. Nakazał je oczyścić i po zabutelkowaniu dostarczyć do koszar. Pułkownik odkrył zbawienny wpływ wód na dolegliwości żołądkowe, które były jego udziałem. Gdy w 1937 roku chersończyków zluzował regiment gruziński, jego lekarz zbadał właściwości lecznicze, a rezultaty wysłał do Moskwy. Jeśli ktoś ciekawy szczegółów, tutaj znajdzie je w języku angielskim. Nam wystarcza ta drobna informacja, tym bardziej, że to mineralne cudo możemy pić na miejscu za znacznie mniejszą cenę.

Podziwiamy park, zaprojektowane z fantazją rzeźby i elementy architektoniczne. Dla zyskania szerszego spojrzenia, kolejką linową wyjeżdżamy na wzgórze, z którego roztacza się piękny widok na miasto.
Robimy sobie pamiątkową fotkę przy posągu Prometeusza, który zapewne zyskał swą siłę dzięki wodzie mineralnej Bordżomi.
My nabieramy kalorii w restauracji „Metropolitalna” zlokalizowanej na terenie dawnego dworca kolejowego. Sala, w której jemy obiad wygląda na zaadaptowaną na potrzeby gastronomii poczekalnię. Atmosfera i wystrój wnętrza trochę trącą komunizmem, ale – nie można narzekać – jest schludnie i czysto. Przyznam, że nie pamiętam już szczegółowego menu, ale chyba dania nie zrobiły na nas jakiegoś piorunującego wrażenia. Zresztą po tym, czym uraczyła nas wieczorem Mama Nikoloza, nawet przyjęcie u królowej Elżbiety II wydałoby się niewartym wspomnienia epizodem.

I tutaj zaczyna się gwóźdź naszego pobytu w Bordżomi. Nie dość, że udzielono nam gratis noclegu, to jeszcze przygotowano taki zestaw smacznych dań, którego nie powstydziłaby się żadna restauracja gruzińska w Polsce. Nie będę się rozpisywał o szczegółach – piewcą tematu kulinarnego będzie mój syn, Patryk, który jest pasjonatem gotowania i śmiało może zostać następcą Roberta Makłowicza.
W domu zastaliśmy przyszykowany wspaniale stół, uginający się pod ciężarem gruzińskich potraw i napojów. Ale najpierw pozycja obowiązkowa: pieśń gruzińska na powitanie w wykonaniu Nikoloza. I – uwierzcie – ich królową nie była woda „Borjomi”, ale bimber własnej produkcji, którego moc przeszła nasze najśmielsze oczekiwania! Warto dodać, że alkohol i jedzenie nie były wartością samą w sobie – towarzyszył im śpiew i muzyka. Napisałem już w poście o Tbilisi, że Gruzini spożywanie alkoholu podnieśli do rangi sztuki. Nie ma w nim miejsca na ordynarną pijatykę, a zapewniam was, że wspólna kolacja w Bordżomi nie była pokazem typu „folklor dla turystów”. Było to po prostu od serca płynące zaproszenie do wspólnej biesiady – śpiewu, tańca, jedzenia i picia. Może trochę oddadzą tą atmosferę zdjęcia i filmy, ale jeśli nie macie możliwości spędzenia przynajmniej jednego wieczoru z gruzińską rodziną, to nie możecie uznać, że poznaliście Gruzję!
Jedno, co rzuciło nam się w oczy, a co tak charakterystyczne jest dla krajów azjatyckich, to rola kobiety, sprowadzona do roli gospodyni, bez prawa udziału we wspólnej zabawie. Chociaż widać było szacunek dla matki, to jednak dopiero interwencja mojej żony spowodowała, że mogła zasiąść z nami do wspólnego stołu. Co wszystkim wyszło na dobre, bo uświetniła swoją obecność grą na akordeonie. Przebiegu samej imprezy opisywał nie będę, bo miała ona charakter prywatno-poufny. Bawiliśmy się się świetnie, tańcom i żartom nie było końca, a moja znajomość rosyjskiego zjednała mi sympatię i podziw sąsiada, który, choć wyglądał na hetero, ciągle chciał iść ze mną w tany.
Obudziłem się rano jako pierwszy – z wiadomym skutkiem! Kac rozsadzał mi głowę, suche gardło wołało o hektolitry płynu. Ale najpierw zastosowałem radykalną kurację leczniczą, która – w ogólnych zarysach – polegała na odwiedzeniu toalety! Dopiero potem wyżłopałem butelkę balsamu dla żołądka – wody mineralnej. Poczułem wielką wdzięczność dla pułkownika Popowa za jego odkrycie sprzed prawie 200 lat! Pułkowniku – oby niebiosa nie skąpiły ci nigdy krystalicznie czystej wody „Borjomi”.
Z zachwytów wyrwał mnie kierowca „marszrutki”, który donośnym sygnałem klaksonu dał znać, że pora na kolejny etap gruzińskich peregrynacji. Towarzysz Stalin będzie się niecierpliwił! Ale o tym czy zdołamy go odwiedzić, w kolejnym poście…





















