Tematy cisną się jak mrówki do mojego mieszkania na wiosnę. Karny rządek tych pożytecznych owadów stworzył niedawno czarną kreskę od ukrytego gdzieś mrowiska po framugę drzwi balkonowych na parterze. Pokonują niewidoczne luki w drzwiach, potem wspinają się po doniczce na kwiatek, by żerować na obfitych w wiosenne soki liściach. Nie mam nic przeciwko mrówkom, ale pokój jest mojej żony i to ona decyduje, kto zostanie sublokatorem. Rok temu, podobne zagony mrówek nie dały się przekonać dobrowolnie do wycofania swoich robotniczych zastępów. Niczym rewolucjoniści Pałac Zimowy w Piotrogradzie, pomimo ogromnych strat własnych, uparcie szturmowały sypialnię, ( która wtedy jeszcze należała do mnie).
Dopiero użycie broni chemicznej, do której sięgnęliśmy bardzo niechętnie, osłabiło, a wręcz zabiło ducha bojowego mrówek. Tutaj dodam, że angielska nazwa tego stworzonka brzmi ANT, co w dopełniaczu liczby mnogiej daje nam ANTY – jednoznacznie lokując mrówki po stronie sił niechętnych rządowi. O który rząd chodzi, mogę się tylko domyślać, tym bardziej, że do 2013 roku ich liczne zagony omijały naszą fortecę.
Zupełnie niespodziewanie sturlałem się na tematy polityczne, z reguły podejmowane przeze mnie niechętnie, aby nie urazić przekonań moich Czytelniczek i Czytelników. Z drugiej jednak strony wcale nie zależy mi, by zadowolić pełne spektrum poglądów. Co to, to nie…

Zaletą mrówek jest niewątpliwe to, że nie czynią zbędnego hałasu. Nie można tego powiedzieć o skateboardzistach wykonujących rozmaite, karkołomne ewolucje. Wiem coś na ten temat, sam na początku studiów nabyłem drogą kupna deskę, dość jak na owe czasy prymitywną. Razem z kolegą Andrzejem postanowiliśmy zjechać dość stromą i długą aleją Waszyngtona spod kopca Kościuszki. Wszystko szło wspaniale do miejsca, w którym na krótko asfalt niespodziewanie zamieniał się w szuter. Mój skateboard, jako przedstawiciel nierozumnej materii nieożywionej, zastosował się do praw fizyki, gwałtownie przyhamował, tym samym wyrzucając moje bezbronne jestestwo kilka metrów do przodu. I może uniknąłbym kontuzji, gdyby nie odziedziczony po przodkach wydatny nos, spełniający w tym przypadku rolę kotwicy. Kinol nie krwawił jakoś specjalnie i pewnie całe zdarzenie udałoby się utrzymać w tajemnicy, gdyby nie ciocia kolegi, która jak spod ziemi wyrosła w pobliżu miejsca katastrofy. Oczywiście nie omieszkała donieść o wydarzeniu mojej Mamie przy okazji zakupów na placu. Zresztą nie ten jedyny raz wcieliła się w rolę KGB.
Kilka lat wcześniej – chyba w pojechaliśmy z kolegą do Zabierzowa. Wycieczka zajęła nam więcej czasu niż przewidywaliśmy, powrót nastąpił już o zmierzchu. Bałem się przyznać do tak odległego wypadu i na wszelki wypadek skłamałem, że opóźnienie wyniknęło z udanej jazdy po Parku Jordana w miasteczku komunikacyjnym. Tłumaczenie zostało przyjęte, tym samym uniknąłem wyroku. Ale cóż, okazało się, że było to tylko odroczenie. Znowu Plac na Stawach. Ciocia, osoba samotna, a więc chętna do kontaktów w miejscach publicznych, zobaczyła moją Mamę i radośnie oznajmiła: „A wie Pani, ze Przemek z Andrzejem byli wczoraj w Zabierzowie!”. Oczywiście przyczyną późniejszych sankcji było nie samo wydarzenie, ale nieuczciwe minięcie się z prawdą.

O kim ja to pisałem? A! Skateboardziści. Urządzili sobie dzisiaj pod blokiem mojej Teściowej plener filmowy, i to nie byle jaki, bo nagrywali swoje ewolucje z dwóch kamer, czyniąc przy tym w niedzielne popołudnie spory hałas. W chwili mojego wejścia na scenę był już tam starszy pan z sąsiedztwa, który groził deskarzom sprowadzeniem służb, o ile nie zredukują ilości produkowanych decybeli. Dodam, że cała rzecz działa się na drewnianym podeście, tworzącym tzw. park kieszonkowy, co zwielokrotniało jeszcze natężenie dźwięków. Tak czy siak przyglądałem się im z sympatią znad czarnej maseczki, pomny moich studenckich wybryków. No bo, pomyślałem, gdzie niby mają się wyżywać. Magistrat zapatrzony w developerski wszechświat i universum komunikacyjnych połączeń nie bardzo kwapi się do wydzielania sensownych miejsc tym pełnym pasji, młodym ludziom. Coś tam urzędnicy pod presją społeczników powoli dziergają, ale wszystko to ma wymiar mrówczy…
W pewnej chwili, jeden z operatorów, dość przytomnie skierował obiektyw kamery w moją stronę, widząc łakomy kąsek na ciekawe ujęcie. Raczej z przekory, niż autentycznego gniewu podszedłem do niego i zażądałem skasowania ujęcia, zrobionego bez mojej zgody. Chłopak speszył się, zaczął gmyrać przy guziczkach, na co ja bardziej pokojowo zapytałem go o cel projektu. Film na You Tube. Podał mi też nazwę i obiecał, że nie wykorzysta mojego wizerunku w jakiś niegodny sposób.
I wiecie co? Ucieszyłem się, że im się chce! Jeździć, nagrywać, montować. Że nie sterczą przed komputerem przy grach, nie ćpają, tylko szukają swojej szansy w życiu. Jak te moje mrówki, dążą do sobie tylko wiadomego celu.
Natomiast moje stworzonka wycofały się bez wypowiedzenia wojny. widać uznały, że lepiej nie zadzierać z aktualnym lokatorem….