Jest taka powieść Tadeusza Brezy, zatytułowana „Urząd”, w której opisuje mechanizmy działania kurii rzymskiej. To taki trochę większy urząd miasta. Pozycja znalazła się ze zrozumiałych względów na kościelnym indeksie. Jej autor był radcą kulturalnym polskiej ambasady w drugiej połowie lat pięćdziesiątych. Dość dobrze poznał panujące w Watykanie stosunki. Nie da się ukryć, że komuniści wykorzystywali tę książkę w walce przeciw religii, ale uważny Czytelnik dostrzeże w niej sporo celnych uwag.
Myśl napisania współczesnej i zarazem lokalnej wersji „Urzędu” od dawna chodzi mi po głowie. Dlaczego? Konieczność załatwienia czegoś w Urzędzie Miasta Krakowa (UMK) powoduje u mnie gęsią skórkę. Czy będzie kolejka? Czy zadziała system i z moim numerkiem dostanę się do okienka? A może złożyłem niewłaściwe załączniki? Spotkam się z krytyką urzędnika, ponieważ nie rozumiem podstawowych procedur? Tak właśnie było, gdy potrzebowałem wyrysu z mapy ewidencyjnej. Ponieważ zaznaczyłem niewłaściwe pola, pani podsunęła mi wzór formularza i patrzyła z satysfakcją jak z mozołem rozszyfrowuję znaczenie poszczególnych pól…
Po prostu urząd miasta mnie przerasta!
Idzie nowe
Ale wicie, rozumicie – wszystko idzie naprzód, więc i w urzędzie zmiany. Z powodu koronawirusa urząd ograniczył kontakt z obywatelem. Należy umawiać się na wizyty internetowo i telefonicznie. Słusznie, bo wizyta zamaskowanego petenta nie wróży niczego dobrego. Stanie taki przed okienkiem, wymierzy zaostrzony ołówek w urzędnika i zacznie stawiać żądania. „Dlaczego? Kiedy?” – zapyta. Dlaczego deweloper mógł postawić bloki-klocki nad samą Wisła, a ja nie mogę altanki na podwórku? Czy straż miejska zacznie interweniować w uzasadnionych przypadkach, zamiast notorycznie legitymować bezdomnych, a właściwie bezbronnych! I tak dalej, i tym podobne.
Dodzwonić się nie mogłem. Numery podane na stronie urzędu albo nie istniały, albo nie odpowiadały. Jak u Kafki, o którym niedawno pisałem w wierszyku. Śmiało więc odpaliłem internetowe umawianie wizyt. Pomyślałem – oho, jest dobrze. Klik! Klik! I termin zabukowany.
Tymczasem moim oczom ukazało się to:

Przyjrzyjcie się proszę dobrze: www.umawianiewizyt.um.krakow.pl. Strona bez certyfikatu! Urzędu miejskiego. Nie jakiejś, z całym szacunkiem, pipidówy. Krakowa. Nie jakiegoś podejrzanego, czepialskiego blogera, który chce zbić kapitał popularności na krzywdzie urzędników. Krakowa.
Zadrżałem. Zupełnie jak podmiot liryczny w „Zaczarowanej dorożce” Konstantego Ildefonsa. Co robić? Jeśli się nie umówię, to diabli wiedzą, kiedy odbiorę dowód osobisty, który powinienem okazywać podczas kontroli. A może to kolejna nowalijka i urząd miasta będzie samoobsługowo pobierał opłaty za usługi. I należy Urzędowi zaufać, bo to w interesie petenta, który zostanie potentatem sponsoringu Urzędu?
Na wszelki wypadek sprawdziłem inną przeglądarkę i zobaczyłem to:

Tylko dlatego, że lubię ryzyko postanowiłem jednak przełamać wrodzoną nieufność do urzędów i umówić wizytę.