Niektórzy, bardziej purystycznie nastawieni Czytelnicy zapewne oburzą się na tytułowe zniekształcenie słowa „gazeta”. Zresztą nie wiadomo na pewno czy mogę się spodziewać takiej reakcji, ponieważ coraz mniej osób wie co to jest gazeta. Znamy takie słowa jak gadżet, influencer, instaboy, selfie, ebook i cały szereg innych. Tu z kolei muszę wyznać ze wstydem, że nie wszystkie potrafię prawidłowo zinterpretować. Używam ich, a i owszem, ale tylko gwoli przypodobania się rozmówcom, szczególnie tym młodszym.
Lokuję żelazo póki gorące
Właściwie „rozmównicom”, czyli interlokutorkom. Tu po raz wtóry Czytelnik skrzywi się jak po cytrynie. Przecież powinno być – rozmówczyniom. E tam! To mój blog i „Kręci mnie życie” wie lepiej na kim mu zależy. Poza tym nachalne poprawianie wcale nie należy do bon-tonu. Przecież wiadomo, że to właśnie na paniach chcę zrobić jak największe wrażenie moim wykwintnym językiem. Co tam im na ucho szeptał będę potem – cicho sza! Wyznaję to publicznie, chociaż akurat pojęcie „rozmównica publiczna” niekoniecznie dobrze się kojarzy.
Na marginesie dodam, że wszelkie słowa, które mogą sprawić kłopot, wyposażam w tzw. linki podświetlone na zielono. Chodzi o to, żeby uczyć bawiąc. Przyznajcie z ręką na sercu, czy wiecie kto zacz ten „interlokutor”. Owszem, powszechnie wiadomo, że interlokator to mieszkaniec sąsiedniego pokoju, który co chwilę wpada do nas a to po cukier, a to po alkohol dowolnego gatunku. A Intercyza, to interesująca Narcyza, studentka 2. roku kosmetologii stosowanej. Możecie się śmiać ze mnie, że plotę androny (androidy?), ale właśnie przed chwilą redaktor w TVP Sport powiedział, że przełącza widzów na studio. I tak punkt dla niego, że nie przełancza. Zatem mogę sobie prywatnie, a nie za publiczne 2 miliardy, pisać co mi ślina na język przyniesie. No chyba, że wykupi mnie obcy kapitał, wtedy będę zmuszony nieco uelastycznić front felietonowy.
A propos przełączać. Przełęcze dzielą ludzi, dążących do poprawnego wyrażania się, od tych, którym jest to absolutnie obojętne . Moim zdaniem pogłębiają się one z każdym nowym modelem Ajfona.
Gadżet – to brzmi dumnie
I tu dochodzimy do sedna problemu. Codziennie wchodzimy w posiadanie milionów gadżetów. Samżem nie bez winy, kilka leży odłogiem u mnie w szufladzie. Odciągają naszą uwagę od tego co w życiu wartościowe. Od literatury, muzyki i kontaktu z drugim człowiekiem. Telefon komórkowy jest przykładem najbardziej oklepanym. No i okazuje się, że faktycznie bez niego trudniej, ale jednakowoż można sobie poradzić.
Otóż ostatnio wybrałem się odwiedzić syna, który wyfrunął był z rodzinnego gniazda jakiś czas temu. Przesłał mi smsem adres. Wydawało mi się, że zapamiętałem. Zwykle, gdy wychodzę z domu, czegoś zapominam. Tym razem na biurku zostawiłem smartfona. Byłem pewien, że trafię bezbłędnie. Ale cóż. Nie miałem gpsa, nawet nie mogłem zatelefonować do Janka, żeby uściślić lokalizację. Cóż było począć. Zaczepiłem na ulicy kilka osób. Nikt nazwy ulicy nie kojarzył. W końcu odważyłem się poprosić ostatniego rozmówcę, ( a może to był interlokutor), o możliwość skontaktowania się z synem. Na szczęście numer pamiętałem. Pan w miarę chętnie wystukał numer, syn na szczęście odebrał. Summa summarum trafiłem.
O kurła! coś się dzieje!!!
Ale ile było emocji, strachu czy nie będę musiał wracać 1o kilosów do domu po telefon. Aby tego uniknąć, musiałem wejść w interakcje z przechodniami. Być może ten od telefonu opowie komuś anegdotkę o gapowatym rowerzyście bez smartfonu. Fakt, że czułem się prawie jakbym nie miał majtek, bo komu w dzisiejszych czasach nie towarzyszy smartfonowy gadżet. Taki survival na własne życzenie.
Zakończę anegdotą o przyjacielu mojego Taty, Stasiu Worwie. Był On najweselszym człowiekiem pod słońcem. Alpinista, mogący swoim życiorysem obdzielić kilka pokoleń właścicieli Ajfonów, wracał kiedyś z ze wspinaczki w okolicach Hali Gąsienicowej. Ponieważ nie chciało mu się taszczyć ciężkiego plecaka zaproponował koledze, że sturlają worki żlebem Wściekłych Węży do doliny Jaworzynki. Początkowo wszystko szło dobrze, gdzieś w połowie plecaki rozwiązały się i wypluły na zbocze całą zawartość. Zamiast się zmartwić, Stasiu zaczął uradowany krzyczeć: „O k…wa coś się dzieje! Coś się wreszcie dzieje”. ( Anegdotę zaczerpnąłem ze świetnej książki Andrzeja Wilczkowskiego „Miejsce przy stole”. Wspomina w niej całą plejadę gwiazd powojennego taternictwa polskiego. Polecam wszystkim, którzy kochają góry!).
Mnie tęż nie omijały przygody w górach. Tutaj przeczytacie post o mojej wyprawie na Przełęcz pod Chłopkiem. Oj! Działo się, działo!