Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Wiatry z siodełka

Wiatry z siodełka

Jakieś ostatnio te posty takie bardziej stacjonarne. Siada człowiek przy biurku w gabinecie, zażywa pastylkę na kreatywność i zaczyna zmyślać. Może warto wyściubić nos?

Jechać nie jechać?

W związku z powyższym wybrałem się na kolarski rekonesans w bezpośrednie okolice Krakowa. Słowo „wybrałem się” nie oddaje w pełni walki wewnętrznej, którą stoczyłem dzisiaj mniej więcej między godziną trzynastą a czternastą. Teoretycznie decyzję podjąłem, ale oprócz mózgu reszta mojego organizmu przeszła natychmiast do opozycji. „A może zacznie padać?”; „nie wieje przypadkiem za mocno?” czy wreszcie: „przecież wczoraj przejechałem 50 km”.

Kusił telewizor, kusiła książka z Hemingwayem w środku, że nie wspomną o dwóch opakowaniach ciastek, których dwa dni temu solennie obiecałem sobie do końca życia nie tknąć. W zamian zamierzałem faszerować się jabłkami, które mozolnie zbieraliśmy na działce. Znacie to uczucie, kiedy wasze postanowienia zaczynają się walić w gruzy. Na moje nieszczęście pogoda zaczęła się klarować, rower stał w kotłowni na swoim miejscu. Zaczęło brakować mi sensownych wymówek.

Spojrzałem jeszcze na telefon z nadzieją, że będę musiał pospieszyć teściowej z pomocą lub pojechać do mojego Taty. U niego zwykle majstrowałem przy komputerze, w związku z czym coraz częściej ulegał awariom. Oczywiście laptop, nie mój Tato…

Jechać!

Oblekłem się w jesienny rynsztunek. A to: lycrowe rajtuzy w wersji kolarskiej, sportowego T-shirta, którego jakiś czas temu zafasowałem od wdzięcznego sąsiada oraz bluzę z długim rękawem, aby ochroniła mnie przed zimnym wiatrem. Do tylnej kieszonki włożyłem długopalczaste rękawiczki na zapas, gdyż zewnętrzna temperatura oscylowała wokół 12 stopni. Dopompowałem koła, założyłem licznik oraz uzupełniłem bidon. Czynności te wykonywałem nad wyraz powoli co dawało większą nadzieję na storpedowanie przez los mojego niefortunnego przedsięwzięcia.

Nic z tego. O ile w zwykłych okolicznościach zapominam komórki, okularów lub telefonu, o tyle tym razem wszystko poszło nad wyraz sprawnie. Z obrzydzeniem do samego siebie wsiadłem na rower, wpiąłem buty w pedały i pomknąłem w wyznaczonym kierunku.

Wieje jak cholera

Już po pierwszych trzech kilometrach zachodni wiatr dał mi do zrozumienia jak nierozsądne od samego początku jest moje postępowanie. Wiał z prędkością równą mojej, ale z przeciwnym wektorem. Przypominało to halsowanie na jachcie ostro pod wiatr, ale w omawianym przypadku bez nadziei na rychły zwrot.

Tutaj wtrącę niezorientowanym w temacie, że trasę z reguły planuję tak, aby pierwsza jej część prowadziła pod wiatr. Wtedy myśl o powrocie z wiatrem daje pełen luz psychiczny. Ma to mniejsze znaczenie przy jeździe w grupie, ponieważ wtedy kolarze z reguły zmieniają się na prowadzeniu.

Jechałem tym razem sam i jedyną osłoną były skłębione myśli, które czyniły mi ustawiczne wyrzuty za inicjatywę opuszczenia przytulnego, pełnego atrakcji domu. Presja narastała i tak gnębiony zacząłem tracić resztki zdrowego rozsądku. W wyniku czego zmodyfikowałem trasę, tak by pojawiły się na niej strome

podjazdy.

Trudno było oczekiwać rozsądku od faceta, który od urodzenia obtłukuje sobie tyłek na wąskim kawału skóry zamocowanym na metalowym stelażu. A szczególnie intensywnie czyni to przez ostatnie 10 lat. Jeden z epizodów – o 184 kilometrowym wypadzie na górę Żar – opisuję tutaj.

Mniej więcej w Baczynie wpadam na podziurawiony jak rzeszoto asfalt z epoki minionej. Wytrzepuje ze mnie resztki entuzjazmu, tym bardziej, że mam przed sobą jeden z pierwszych podjazdów. Na razie dość krótki i łagodny. Inna sprawa, że okolica jest dużo ładniejsza niż ta znana z ostatnich treningów. Tu i ówdzie pojawiają się skałki, jest zielono, a co ważne zalesione zbocza osłaniają od wiatru. To dolina Sanki, której ujście znajduje się naprzeciw toru kajakowego przy Kolnej.

Rozmarzyłem się, a tu przede mną wyrosła ścianka. Z Frywałdu do wsi Sanka podjazd. Maksymalnie 11%, przeważnie 7%. Kilka lat temu z kolarzami Otwartych Treningów Rowerowych „wykręciłem” czas 7 minut. Diabli nadali te podjazdy. Było w domu siedzieć, a nie wałęsać się po pofałdowanych peryferiach Krakowa. Niby zimno a ja czuję spływający po plecach pot.

Widoki

Diabelska górka się kończy, a moim oczom ukazuje się taki widok:

Zdjęcie z telefonu absolutnie nie oddaje wrażenia jakie odniosłem. Nie dość, że błękit nieba walczył z nadchodzącymi chmurami, to w tle świadkami tej walki były beskidzkie szczyty. Wtedy zrozumiałem jaka siła wyciągnęła mnie z domu :). Taką ekscytację trudno przeżywać przy największym nawet ekranie telewizora czy komputera. Widok okupiony własnym wysiłkiem jest o wiele więcej wart niż ten podany na tacy przez kogoś innego, a nic nie zastąpi realnych przeżyć i przygód.

Mogłem sobie trochę pofilozofować, bo zarządziłem przerwę na picie i banana. Zasłużyłem w pełni na luksus. No właśnie – banan smakował wyśmienicie, moim zdaniem lepiej, niż niejedno wykwintne menu. Tym bardziej, że przede mną był długi zjazd, a potem powrót ze sprzyjającym wiatrem.

I jeszcze jedno magiczne miejsce między Wołowicami a Jeziorzanami:

Tymczasem podczas moich zmagań Michał Kwiatkowski o 2 cm przegrał brazowy medal w kolarskich mistrzostwach świata. To dopiero niefart! Swoją drogą ciekawe czy przeżywa podobne do moich rozterki, ale na poziomie profesjonalnym?

W każdym razie mój wyściubiony nos jest koniec końców zadowolony. Ale czy taka tendencja utrzyma się na stałe?

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę