Najpierw umarł Ruiz Zafon. Gdy dowiedziałem się, że jest najbardziej znanym hiszpa ńskim autorem, od razu poleciałem do biblioteki po „Cień wiatru”. Potem przeczytałem pozostałe 3 z cyklu „Cmentarz zapomnianych książek”. Fascynująca lektura, jeśli ktoś lubi mroczne historie. Ja nie bardzo, więc w życzliwej pamięci zachowałem przede wszystkim Fermina Romero de Torresa. Wrażliwy żartowniś, czuły na kobiece wdzięki zyskał moją sympatię.
Trochę więcej znajdziecie w drugim rozdzialiku z tego postu.
Tłem serii jest hiszpańska wojna domowa. Przypomniałem sobie „Komu bije dzwon” Ernesta Hemingwaya. Mgliście kojarzyłem postać Roberta Jordana w kontekście sporów o prawidłową wymowę nazwiska, Pilar – pragmatyczną kobietę, która przewidywała przyszłość i wreszcie Marię, miłość głównego bohatera.
Zupełnie wyleciał mi z głowy styl autora. A może nawet go nie zauważyłem. Przecież książkę czytałem w latach cielęcych, kiedy to pochłaniałem literaturę całymi pęczkami, tyle, że czasami usystematyzowaną gatunkowo. Sam popełniłem opowiadanie science fiction, zapewne pod wpływem twórczości Stanisława Lema. Ale nie odważyłem się go ujawnić.
Otóż ponowne czytanie Hemingwaya polegało na odkryciu niesamowitej prostoty stylu Amerykanina. Wspomnianą wcześniej książkę pochłonąłem jakby w zawieszeniu, z jednej strony w oczekiwaniu na zakończenie, a z drugiej w nasycaniu się każdą opisaną chwilą. Uświadomiłem sobie, że mogę śmiało uzupełnić laureatem nagrody Nobla triumwirat moich literackich ulubieńców. A przy okazji może się z tego zrobić zagadka literacka.
Alter ego Hemingwaya nr 1
Nie, nie. Nie napiszę o kogo chodzi. W końcu to zagadka literacka. Każdy z nich swoje książki pisał na podstawie zawodowych doświadczeń. Właściwie można o nich powiedzieć, że fikcja wyrastała bezpośrednio z życia. Co ciekawe, tylko jeden z nich zmarł śmiercią naturalną. Odkąd wzbogaciłem się o teścia, fascynował mnie fakt, że jeden z moich ulubionych autorów zmarł w roku narodzin ojca mojej żony. Jerzy Krusenstern był kimś w rodzaju pomostu między literaturą a rzeczywistością.
Powieściopisarz nr 1 zaczął tworzyć w drugiej części swojego życia, już po zakończeniu kariery zawodowej. Można śmiało stwierdzić, że w każdym jego opowiadaniu czy też powieści są pierwiastki autobiograficzne. Sam styl jest dość surowy, chociaż opisuje dość egzotyczny dla nas świat. No może obecnie, kiedy praktycznie każdy może dotrzeć w odległe zakątki Ziemi ta egzotyka jest mniej fascynująca. Ale dla mnie, w latach 70. ubiegłego wieku było to przejście od niesamowitej dalekowzroczności i pomysłowości Verne’a do bardziej introwertycznej literatury mojego rodaka… Podobnie jak według „Komu bije dzwon” nakręcono film, tak i w przypadku omawianego autora powstało kilka ekranizacji. Dodam, że w swoim czasie był jednym z bardziej pisarzy obszaru anglojęzycznego.
Alter ego nr 2
Na drugim biegunie jest autor, który ma o wiele uboższy dorobek niż poprzednik. Być może dlatego, że żył najkrócej, chociaż nie odebrał sobie życia jak autor „Starego człowieka i może”, to przeżył zaledwie 44 lata. O rok młodszy, nie doczekał końca II wojny światowej. Znamy go głównie z jednej pozycji, a o pozostałych trzech na ogół wie bardzo mało osób. Jego opowiadania są, moim zdanim, czymś w rodzaju reportażu literackiego, wzbogaconego wieloma refleksjami nad naturą życia. Proza, podobnie jak Hemingwaya nie należy do łatwych, ale też nie czyta jej się tak ciężko jak Prousta czy Joyca. Zaznaczę tylko, że Marcela próbowałem zmóc, ale poddałem się po 60 stronach „W stronę Swana”. Za Joyca nie brałem się w ogóle, nawet mój literacki snobizm mnie do tego nie zmusił. Ciekawe, że ów przedwcześnie zmarły pisarz również doczekał się ekranizacji jednej z książek :). Czy ta zagadka literacka jest trudna? Mniemam, że dla moich Czytelników absolutnie nie!
Omne trinum perfectum
Wszystko co potrójne, doskonałe – twierdzili Rzymianie. I muszę im przyznać rację. Oprócz niewymienionych z nazwiska pisarzy mam cały szereg innych, których czytam, do których wracam. Przez długi czas brakowało na tym literackim podium właśnie Ernesta Hemingwaya. I właściwie nie tyle: „Komu bije dzwon”, co zbiór zatytułowany „49 opowiadań” przekonał mnie, że piewcy corridy należy się miejsce wśród trzech najlepszych. Absolutnym majstersztykiem jest opowiadanie „Dzisiaj jest piątek”, w którym trzech rzymskich żołnierzy spotyka się w jerozolimskiej tawernie i wymienia uwagi na temat zachowania co dopiero ukrzyżowanego Jezusa… To zupełnie jak dzisiaj, gdy ludzie komentują wydarzenia, których znaczenia kompletnie nie rozumieją.
Ot, takie czcze gadanie.
Zupełnie jak w moim, blogu!