Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Czytajcie a znajdziecie!

Czytajcie a znajdziecie!

Mam dwie wiadomości. Dobra jest taka, że mimo słabnącego wzroku i regresu władz umysłowych nadal czytam książki. A zła – przynajmniej z pozoru – że mam zamiar o tym napisać.

Prawie dwa lata temu porwałem się na „W poszukiwaniu straconego czasu”. Zabłysnąć w towarzystwie znajomością Prousta – to było co ś! Niesiony fal ą czytelniczych emocji wypożyczyłem nawet trzy tomy powieści Marcelego. Oprócz czystej próżności, mógł to być też efekt ogromnej sympatii do uroczego kundelka o tym samym imieniu. Jakże by było miło zacząć swoją opowieść proustowskim: „widok białego psa w brązowe plamy nieodparcie kojarzy mi się ze złotą jesienią, podczas której wyprowadzałem Marcelego na długie, nadwiślańskie spacery…”.

Marceli

Ale całe przedsięwzięcie wyszło mniej więcej tak, jak sierść z liniejącego czworonoga. Nawet mój literacki snobizm nie był w stanie przepchnąć mnie przez lekturę Prousta. Przygotowywałem się do niej bardzo starannie i z uwagą prześledziłem niełatwe dzieciństwo autora. Jednak nawet współczucie dla życiorysu pisarza nie pomogło mi w przełknięciu gęstej jak krakowski smog narracji.

Powoli zacząłem się staczać z książkowej równi pochyłej.

Po drodze wpadłem pełen podziwu na cykl „Cmentarz zapomnianych książek” Ruiza Zafona. Mroczne klimaty ulic i zaułków Barcelony. Ponura, frankistowska rzeczywistość pełna przemocy i obłudy. Brakowało tylko telewizyjnych „Wiadomości”. Przypomniałem sobie „Komu bije dzwon”. Odbiłem się w stronę Hemingwaya i innych klasyków amerykańskich początku XX wieku. Na chwilę przystanąłem przy „Harfie traw” Capote’a, która wydała mi się o wiele ciekawsza od popularnego „Śniadania u Tiffany’ego”. Ale wszystko to dość trudne w odbiorze, szczególnie wobec szalejącej wokół pandemii.

Sytuację ratowały wyśmienite tłumaczenia Bronisława Zielińskiego, który poznał osobiście obu pisarzy, ba, można powiedzieć, że przyjaźnił się z Hemingwayem. Jak się zresztą okazało, tłumacz miał znakomite perspektywy pisarskie, podjął jednak decyzję o pozostaniu przy przekładach. I robił to znakomicie. Dość blado, moim zdaniem wypada na tym tle tłumaczenie odnalezionego po śmierci Capote’a opowiadania „Letnia przeprawa” autorstwa Krystyny Bieńkowskiej.

Może zresztą przekład jest dobry, a oryginał pozostawia wiele do życzenia. Powstał w 1943 roku, autor nie zdecydował się na jego wydanie. Czy powodem była krytyczna samoocena? Nie wydaję mi się, abym w celu weryfikacji sięgnął po wersję angielską, tym bardziej, że moje osiągnięcia na tym polu ograniczają się do „Love Story” i „Oliver story” Segala, oraz epizodycznie pamiętników Henry Kissingera „The years of upheaval”. Ponieważ otarłem się o nie jakieś 40 lat temu, nie pamiętam dokładnie, czy to właśnie styl doradcy ds bezpieczeństwa narodowego Nixona zniechęciła mnie skutecznie to napisania magisterki o aferze Watergate.

Poslusznie hlasim…

Po „epizodzie „amerykańskim”, który był mi bliski językowo, ale kompletnie obcy kulturowo, ratowałem się Bohumilem Hrabalem. Liczyłem, że przyniesie mi ulgę i dużą porcję lekkiego, czeskiego humoru. Tak jak wiele lat temu, gdy po raz pierwszy delektowałem się „Przygodami dobrego wojaka Szwejka”. To był dla mnie pierwszy sygnał, że nawet w najokrutniejszych czasach warto oprócz bagnetu dysponować żartami i błyskotliwymi spostrzeżeniami. Bohater Haska jest dla mnie klinicznym przykładem, jak ktoś, uznawany powszechnie za durnia, okazuje się być mądrzejszy od swoich prześmiewców. To trochę jak Piotr Żyła, który być może bezwiednie, ale wyraźnie szydzi sobie z nadętych dziennikarzy sportowych z Przemysławem Babiarzem na czele. A zdaje się mówić wzorem Gogola: „Z kogo się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie”.

Takie mamy czasy, że poczucie humoru potaniało, a w cenie jest dęcie w trąby i zaklinanie przeszłości w nieprawdziwych bohaterów…

Cóż, Hrabal. „Pociągi pod specjalnym nadzorem” nie bardzo mnie rozśmieszyły. Smutna historia przemocy, okrucieństwa i bezwzględnej siły wobec cierpienia. Dopiero po przeczytaniu kolejnej książki Czecha – „Postrzyżyn”, odzyskałem równowagę. Trudno mi cytować fragmenty, bo książka już w bibliotece, ale ładunkiem ironii i sarkazmu mógłby obdzielić autor kilku pisarzy krajów sąsiednich. A dodatkowo sceny z lektury mieszają mi się z ujęciami ze świetnej ekranizacji autorstwa Jirzego Mentzla.
I śmiem twierdzić, że niegdysiejsze określenie „czeski film” można śmiało wymienić na „polski film”, tak beznadziejne i pozbawione polotu są ostatnio rodzime produkcje. Celuje w tym moja ukochana TVP, której oczkiem w głowie są tasiemcowe seriale. Niezłomni, wyklęci, winni zagrani przez zmanierowanych komediami romantycznymi aktorów są dobrzy na wieczorowe kursy pisowskiego patriotyzmu. Jednak nie nadają się dla krytycznego widza, który chciałby zakosztować historycznej prawdy!

Na biegun i do kina

Gorzkie te refleksje pchnęły mnie w kierunku biografii wielkich ludzi. Niekoniecznie z powodu zamiaru opublikowania własnej. Bardziej z powodu potrzeby weryfikacji idoli mojej młodości. Na tapetę wziąłem Amundsena, a zaraz potem Woody Allena. Surowy polarnik i niepoprawny dowcipniś. Osobowości z przeciwnych biegunów! Roald uciekł ze studiów medycznych wbrew matce, która finansowała jego edukacje. Ciągnęło go w śnieżne przestrzenie, czuł, że jego miejsce jest z dala od ludzi. Woody niechętnie rozstawał się z Manhattanem, nawet wizyty w wiejskiej rezydencji Mii Farrow napawały go odrazą i strachem przed krwiożerczą przyrodą.

A jednak łączył ich dystans do rzeczywistości, ogromna pracowitość i upór. I, mimo wielkich osiągnięć, niechęć otoczenia. Amundsen, zajęty przygotowywaniem wypraw polarnych nie miał czasu szukać partnerki. Dlatego zadawał się z mężatkami, koło trzydziestki ciężko mu było spotkać dojrzałą singielkę. Allen z kolei po nieudanym związku z mocno toksyczną Mią ożenił się z ich wspólnie zaadaptowaną córką, o wiele młodszą Soon Yi. Czy to z zazdrości, czy też ze źle pojętego poczucia moralności częstokroć wytykano im takie postępowanie. Tak bywa na świeczniku…

Pozostaje otwarte pytanie – komu przyznać rację?

Co do mnie, kolejne pozycje w mojej kartotece to dwie książki dla dzieci. Nic dziwnego, powiecie, zważywszy na nieodległy wiek emerytalny.

I to jest trzecia i ostatnia wiadomość! Literatura dziecięca rządzi.
A konkretnie? Zapraszam do kolejnego felietonu!

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę