Książka ma nietypowy format i wagę średniej wielkości kamienia z górskiego potoku. A dokładnie waży 2,70 kg. Raczej nie przykładam wagi do faktycznego ciężaru dzieł literackich. Bardziej zależy mi na ich wartości poznawczej, ale akurat w tym przypadku te dwie rzeczy idą ze sobą w parze.
Co bardziej biegli w rzemiośle Czytelniczym domyślają się, że wziąłem na warsztat album. I to wykonany na papierze najlepszej jakości. Istotnie tak jest. Nie bez przyczyny, bo tematyka wydawnictwa w pełni na takie potraktowanie zasługuje. Tytuł, moim zdaniem dość górnolotny, ale również skorelowany z zawartością.
„Tatrzańska Atlantyda”
to dość zagadkowe zestawienie, ale już od zaprojektowanej z dużym smakiem okładki naprowadza nas na właściwy trop. Niejasne początkowo domysły przeradzają się w pewność po przeczytaniu fragmentu krótkiego wstępu autora:
„Przeszłość Tatr jest trochę jak zaginiony ląd – resztki miejsc niegdyś powszechnie znanych dziś przysłania przyroda. Są wśród nich wyciąg na Łopatę w Dolinie Kondratowej, pierwszy wyciąg w Dolinie Gąsienicowej, pierwsze schronisko w Dolinie Wielickiej, Giewont bez krzyża, Kocioł Goryczkowy bez wyciągu, z nieistniejącymi szałasami, porysowany jedynie śladami nart, ogołocona z drzew dolina… zaginiony lad – tatrzańska Atlantyda”.
Piotr Mazik, autor albumu w trzech oszczędnych akapitach przedstawia ideę – pokazanie krajobrazów, ludzi, architektury – wszystkiego co zniknęło pokryte patyną czasu, a co zachowało się na archiwalnych zdjęciach i pocztówkach. Ma ku temu stosowne kwalifikacje: jest historykiem sztuki, przewodnikiem tatrzańskim, narciarzem i współautorem książek. Ale nie popisuje się swoją erudycją, zostawiając czytelnika sam na sam z fotografiami.

182 fotki. Pogrupowane w osiem działów. Ułożone bez chronologicznego porządku, co daje posmak włóczęgi w czasie i przestrzeni. Pachnie przygodą, tak jak każde, nawet najbanalniejsze wyjście w Tatry. Mamy wszystko, co z tym niewielkim gniazdem górskim się wiąże. Oglądamy dziwnie dla nas ubranych turystów. Panie w krynolinach i kapeluszach. Przewodnicy obowiązkowo w strojach góralskich. Tatrzańskim „wyrypom” nierzadko towarzyszy kapela. Wszystko to budzi w nas, zaopatrzonych w smartfony, gpsy i inne zbędne drobiazgi, niezmierne zdziwienie. Ale i wielki szacunek, że tak skromnie wyposażeni porywali się na wielkie wyczyny.
Pamiętajmy, że historia masowej eksploracji Tatr
nie jest wcale taka długa.
Zapoczątkował ją dr Tytus Chałubiński, który zjechał po raz pierwszy do Zakopanego w roku 1873. Patolog, botanik i wreszcie społecznik rozpropagował ubogą podtatrzańską wieś wśród warszawskiej inteligencji. Mimo, że Podhale wzmiankował wcześniej Stanisław Staszic, pisał o nim Seweryn Goszczyński, to jednak prawdziwa moda na górali i góralszczyznę rozpoczęła się właśnie od niego.
Na zdjęciach możemy oglądać Klimka Bachledę, przewodnika i ratownika, który zginął podczas akcji na północnej ścianie Małego Jaworowego Szczytu mając niespełna 60 lat. Widzimy go na zdjęciu z Mieczysławem Karłowiczem, 4 lata wcześniej – obydwaj prowadzili wycieczkę Towarzystwa Tatrzańskiego. Na fotografii późniejszej o 3 lata widzimy zwłoki kompozytora. Poniósł śmierć pod lawiną u stóp Małego Kościelca podczas samotnej wycieczki z Hali Gąsienicowej do Czarnego Stawu.

Ciekawym zabiegiem edytorskim jest moim zdaniem pominięcie opisów bezpośrednio pod zdjęciami. Pozwala to skupić się na obrazie i jego atmosferze, bez tak częstego w dzisiejszych czasach odwoływania się do faktów. Dopiero na końcu każdego rozdziału autor powtarza fotografie w miniaturach i dołącza do nich swój subiektywny opis. Jednak nie zapomina oczywiście o osobach i miejscach dramatu. Tam gdzie to możliwe podaje autora i datę.

Uzupełnieniem faktografii albumu jest indeks autorów i miejsc, które szybko pozwalają odnaleźć ikonografię interesującego nas rejonu Tatr.
Nie byłbym sobą,
gdybym nie doszukał się jakiegoś, choćby drobnego mankamentu. Nie bez przyczyny mam opinie marudy i malkontenta. Otóż na jednej z mapek przez omyłkę zapewne grafik umieścił dwa razy kotę 2499 metrów z Rysami, tym samym dorabiając najwyższemu szczytowi polskich Tatr brata bliźniaka.

Jednak to drobne uchybienie absolutnie nie psuje wspaniałego wrażenia, jakie na miłośniku Skalnego Podhala wywiera „Tatrzańska Atlantyda” – wspólna – dwujęzyczna – praca autora i zespołu redaktorów . Tatrzański Park Narodowy Wydawnictwa i Muzeum Tatrzańskie dołożyły wszelkich starań, żeby album stał się obowiązkową pozycją na półce każdego tatromaniaka. Tym bardziej w czasach, gdy Zakopane zadeptywane jest przez przypadkowych pseudoturystów, których często jedynym celem jest selfie na szczycie Giewontu. Warto więc zanim w Tatrach na dobre stopnieją śniegi, spokojnie usiąść w fotelu i zagłębić się w świat przywrócony przez Piotra Mazika. A potem hajda na wycieczkę!
A co do Wagi? Ano cóż, ta z dużej litery bezpośrednio sąsiaduje z Rysami. Tyle, że po słowackiej stronie. HEJ!