Od razu na wstępie zastrzegam, że w tytule nie ma pomyłki. Istotnie, macie racje, od razu widać w nim wredną naturę autora, który dąży do wykoślawienia poukładanej rzeczywistości. Co najgorsze, czyni to na przekór. Czemu lub komu na przekór? To już zadanie Czytelnika, aby takie bardziej niedomówienie rozszyfrować.
Przyznam, że kąśliwa treść niniejszego felietonu może wynikać z drobnego na pozór wydarzenia, które spotkało mnie wczoraj . Zanim wsiadłem na rower obułem się w sandały, ze względu na sprzyjającą temperaturę. Mniej więcej pół kilometra od domu napotkałem na mojej drodze dwóch młodzieńców, których konieczność swobodnej konwersacji zmuszała do zajmowania całej szerokości ścieżki rowerowej. . Ten, który jechał moim pasem niespecjalnie przejmował się możliwością zaistnienia kolizji. Uznał zapewne, że temat rozmowy jest ważniejszy niż bezpieczeństwo ruchu rowerowego. Jego ego rozparte na siodełku nie dopuszczało myśli o jakichkolwiek ustępstwach.
Konsekwencją tej filozofii było zderzenie czołowe. Do ostatniej chwili liczyłem na rozsądek egotyka i uruchomienie przez niego hamulców, lub przynajmniej powrót na właściwy tor jazdy. Nic z tego. Moje palce, pozbawione osłony, wbiły się w jego pedał. Trochę zabolało, jednak moje najwyższe zdumienie wywołało coś zupełnie innego.
Otóż zostałem połajany, że nie zahamowałem we właściwym momencie, skoro zobaczyłem go naprzeciw siebie. Na szczęście poprzestał na tym, gdyż w przeciwnym wypadku zapewne moją skromną, acz nieodpowiedzialną osobą musiałaby się zająć straż miejska.
Dlatego pragnę niniejszym zaocznie przeprosić wszystkich kolarzy, którzy pędzą, żeby im nie spadła średnia. Również kajam się przed tymi, którzy w czasie rowerowania piszą smsy, gdyż brak czasu uniemożliwia im dokonanie tej czynności np.: podczas postoju. Zobowiązuje się do ustępowania Rodzinom +, które okupują 90% przestrzenie niesłusznie przyznanej również mojemu skromnemu ciału.
W ogóle to, że wożę ciało tu i tam jest czynem wysoce nagannym z punktu widzenia interesu publicznego, tym bardziej, że wygląd mojego roweru urąga podstawowym zasadom „lansjerki”.
Faktem jest, że opisane zderzenie odbiło się na mojej psychice, czego efektem są poniższe akapity.
Tradycyjnie w okolicach Bożego Ciała Polacy przystąpili do pospolitego ruszenia, celebrując drugi w ciągu miesiąca długi weekend. Wspominałem już czasem na blogu o tym zjawisku, jednak jest ono na tyle charakterystyczne, że warto poddać je krótkiej analizie.
Przypomnę tylko, że w formie wysublimowanego utworu poetyckiego opublikowałem moje refleksje w „Pochwale grilla”. Niestety w tym roku, przez niedopatrzenie mojego imiennika – ministra Czarnka – wiersz nie znalazł się wśród tematów maturalnych. Drogi ministrze! Proszę mi wierzyć – zagubiona, zdalna młodzież łaknie nieskompresowanej intelektualnie literatury.
Czterodniowe weekendy
weszły nam w krew bardzo głęboko. Trudno sobie wyobrazić, że po świątecznym czwartku może nastąpić dzień roboczy. Wolny piątek jest równie oczywisty jak nagroda Grammy za całokształt dla Zenka .
W tym roku Polacy również gremialnie wożą ciało w atrakcyjne rejony naszej Ojczyzny. Nie przeraża ich to, że napotkają tam tysiące podobnych sobie zwolenników długoweekendowych peregrynacji. Wręcz przeciwnie. Wielogodzinne korki na autostradach, tłumy w kolejkach do kas Parku Tatrzańskiego i zatłoczone mola stały się narodowym sportem rodaków. Dla mnie jest to zupełnie niezrozumiałe, że tak lubimy ścisk, szczególnie w sytuacji, gdy politycznie jesteśmy mocno podzieleni. Pomimo jednak różnic światopoglądowych , łączy nas przekonanie, że długi weekend należy nam się jak Bolkowi Lolek a Kurskiemu nowa żona.
Sprawą natomiast kontrowersyjna jest czy długie weekendy przynoszą gospodarce straty.
Ze względu na brak przygotowania merytorycznego i niewielką ilość informacji w sieci temat ten odłożę do lamusa. Nadmienię tylko, że właśnie w wolny po Bożym Ciele piątek zwiększyłem Produkt Krajowy Brutto o 30, a prywatny portfel fryzjerki o 5 zł. Niewątpliwie złagodziłem tym posunięciem kłopoty rządu zmuszonego do łatania covidovych dziur w budżecie.
A zmiana fryzury ochroni mnie w od kolejnych inwektyw ze strony rozgadanego rowerzysty.