Zawsze chciałem pojechać do Moskwy. A jeszcze bardziej nad Don. Przyznaję – jestem pod ogromnym wpływem rosyjskiej kutury. Cóż ja poradzę na to, że fascynuje mnie Okudżawa, Gogol, Rachmaninow czy Richter. Nic. Rosyjskiego nauczyłem się nieźle. Profesor Borowiejska nie pozwoliła się w szkole migać. „Absalutno na izus” znaczyło dokładnie – absolutnie na pamięć. I tak musiało być. Kolega o ksywce Saszka (urodził się w Brześciu, a jako miejsce urodzenia miał podane ZSRR), podgrywał na gitarze piosenkę o Puszkinie. W Filharmonii Krakowskiej wystąpił Światosław Richter, pianista światowej sławy, którego grę usłyszałem na żywo dzięki studenckiej wejściówce. Pierwszy longplay z klasyką to były koncerty fortepianowe Czajkowskiego w wykonaniu innego wirtuoza – Emila Gilelsa.
Z drugiej strony był wszechpotężny Breżniew, agresja na Czechosłowację, przez którą przejeżdżałem autokarem akurat w sierpniu w drodze na wczasy do Bułgarii. To już było po inwazji. Czesi obrzucili nas kamieniami. Miałem wtedy 9 lat, zupełnie nie rozumiałem co się dzieje. Trochę się bałem, ale bardziej ciążyła mi choroba lokomocyjna, która gnębiła mnie od wczesnego dzieciństwa. Na szczęście obyło się bez poważniejszych incydentów.
Do Moskwy chciałem pojechać,
bo mój Tato przywiózł stamtąd prześliczne przeźrocza. Zobaczyłem na nich bajkowe cerkwie – na czele z cudownym soborem Wasyla Błogosławionego, zwieńczonym kopułami jak z baśni… Działał na moją wyobraźnię Car-Kołokoł, czyli potężny dzwon i Car-Puszka – równie ogromna, choć nieczynna – armata.
Całość psuły czerwone transparenty ku czci woda rewolucji, bo właśnie wypadała setna rocznica urodzin Lenina. To było jakby drugie dno, które paradoksalnie spłycało moje fascynacje. Stał za tym wszystkim komunistyczny reżim, jeszcze bardziej bezwględny, niż ten importowany do Polski.
A Don? Tutaj winowajcą była książka Michała Szołochowa, któremu przypisuje się autorstwo „Cichego Donu”. Musieliśmy ją przeczytać w ogólniaku – trzy opasłe tomy, to było wielkie wyzwanie dla młodzieńca, który owszem, lubił pasjami pochłaniać książki, ale nie stronił od uciech na świeżym powietrzu… Rower i narty, wycieczki i górskie eskapady walczyły o lepsze ze słowem drukowanym. Ale opowieść o Grigoriju Melechowie wciągnęła mnie bez reszty. I o tyle wytrzymała próbę czasu, że po dwudziestu latach przeczytałem ją z równym zainteresowaniem. Oczywiście, jej treść nie zawsze współgrała z prawdą historyczną, jednak było coś tak fascynującego w losach mieszkańców naddońskiego chutoru, że zamarzyłem tam pojechać.
Życie jednak popychało mnie zdecydowania na Zachód i ostatecznie Rosję przejeżdżałem tylko tranzytem, bodaj dwukrotnie. Zapamiętałem wymianę wagonowych podwozi i obowiązek zaciągania w przedziale zasłon, by przypadkiem nie szpiegować sowieckiego dobrobytu. No i drobiazgowe kontrole, rozkręcanie wagonów i szukanie ewentualnych uciekinierów…
Myślę, że u podstaw tych moich ciągot była chęć zrozumienia Rosjan, ich prawdziwej natury. Poznania ludzi osobiście, a nie tylko poprzez literaturę czy muzykę. Nie udało mi się to. I znów pozostały książki, tym razem reporterskie. „Kirgiz schodzi z konia” Ryszarda Kapuścińskiego czy „Drogą długą jak Rosja” Anny Strońskiej. Owszem, ersatz, ale przecież większość świata poznajemy pośrednio, bo nie możemy być naraz wszędzie.
Teraz Putin zaczął wojnę, która idzie w niewiadomym kierunku.
Trzeba przyznać, że politycy stanęli na wysokości zadania, chociaż zbyt późno, ale osaczyli Putina dolegliwymi sankcjami. Natomiast kompletnie zawiodły międzynarodowe związki sportowe, a tego co wyczynia FIFA nie można nawet nazwać farsą operetkową. Obejrzałem w całości konferencję prasową jej prezesa –signore Infantino i odniosłem wrażenie, że jego łysina ledwo wystaje z putinowskiej kieszeni. Mętne wypowiedzi jasno wskazywały, że za sznurki w Fifie pociągają Rosjanie, a za jawną krytykę wojny bez wahania wykopią spod niego stołek. Przepraszam Pana Stanisława Tyma, ale z racji fizycznego podobieństwa Gianni Infantino skojarzył mi się z prezesem klubu Tęcza, Ryszardem Ochódzkim. O innych skojarzeniach z Italii okresu lat 30. XX wieku nie napiszę, żeby nie zostać posądzonym o resentymenty!
Wielkim podziwem darzę naszych sąsiadów z Ukrainy,
bo przecież różnie się o nich i u nas mawiało. Ale nie ugięli się i bronią zaciekle swojej ziemi przed moskiewskim troglodytą, tym samym broniąc i Polski, i całej Europy. Pomagajmy im mądrze i każdy na swój sposób, bo są tego warci!
A mnie Moskwa całkowicie wywietrzała ze łba! Zamieniłem Arbat na Champs-Elysee!!!