Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Головний залізничний вокзал у Кракові

Головний залізничний вокзал у Кракові

Pierwszy pies wabi się Winja. Kolejny – Chip. Kota nie poznałem osobiście, bo siedział w klatce. A gdy już okazało się, że Winja nabrała do mnie zaufania, bo podała łapę mnie, a nie swojej pani – poznałem jeszcze myszkę.

Myszka ukrywała się w torbie podróżnej. Innej, niż ta z karmą dla kota. Cała ta menażeria czekała na krakowskim dworcu kolejowym na poci ąg do Wiednia. Oczywiście nie kręcili się po dworcu samopas. Wszystkie zwierzęta miały ludzkie towarzystwo. Ale, przyznam to szczerze, nie zatrzymałbym się przy nich, gdyby nie pieski. Mam wrażenie, że była to najliczniejsza czworonożna zgraja, która podróżowała wspólnie.

Gdy na powitanie chciałem pogłaskać Winię, ta, zdezorientowana wycofała się. Jednak musiała rozumieć polską mowę, bo po chwili coraz ciekawiej wyciągała ku mnie swoją smukłą szyję. Wreszcie dała się przez moment głaskać, jakby testując moje kynologiczne umiejętności. A potem, śmiało mogę powiedzieć, że zaprzyjaźniliśmy się mocno. Trącała mnie nosem, żeby przynaglić do dalszych pieszczot. Na wszelki wypadek wzmacniała swoją presje podawaniem łapy.

Dlaczego tyle o zwierzakach? Anna Niedźwiecka, w swoim podkaście „O zmierczhu” powiedziała wiele ciekawych rzeczy w kontekście trwającej wojny. Między innymi to, że chyba po raz pierwszy podczas wojny ludzie zabierają ze sobą na tułaczkę zwierzęta domowe. To na pewno dodatkowy problem, ale skoro towarzyszą one człowiekowi na codzień, to jak je zostawiać na niepewny los?

A teraz o łyżwach…

Tak, tak. Dobrze czytacie. Nie o wyżłach. Otóż właścicielka czworonogów, razem z Mamą jechały do Monachium na zaproszenie zaprzyjaźnionych sportowców. Dziewczynka jest mistrzynią w łyżwiarstwie figurowym solo. Wybaczcie, nie pamiętam ani imienia, ani laurów, ale startowała i trenowała też w Niemczech.

Mama powiedziała mi, że do ostatniej chwili zwlekały z wyjazdem. Cztery ostatnie noce sp ędziły w schronie. W końcu podjęły decyzję o opuszczeniu Kijowa. Gdy zapytałem czy mają zamiar wracać odparła:
„Najlepiej leczą własne ściany”.
Dałem im mojego maila i poprosiłem o kontakt po dotarciu do celu. Obiecałem, że prześlę kilka zdjęć, które zrobiłem podczas rozmowy.

Що? нічого!

Przez cały czas ciekawie przyglądał się mały pyrtek, który siedział tuż obok. Nie byłem pewien czy zerka na mnie, czy na psa, ale zagadnąłem do niego w „krakowskim” ukraińskim. Oczywiście mnie nie zrozumiał, dlatego na migi pokazałem mu jak witają się w Krakowie gołębiarze. Wyszczerzył w uśmiechu zęby i wyglądało na to, żeśmy się zakolegowali. Przynajmniej ja dowiedziałem się, że ma na imię Kola. A ponieważ z kolei ja nie rozumiałem co mówi, poprosiłem starszą siostrę Koli, żeby mi powiedziała jak po ukraińsku jest „co” i „nic”. I szybciutko stworzyliśmy dialog wart literackiego Nobla. On się pytał: „szczo”?, a ja na to „niczto!”. Potem na odwyrtkę, aż ja spróbowałem oficjalnie, po prawdziwemu ukraińsku oświadczyć: „miło mi Pana poznać”, co wywołało prawdziwy paroksyzm śmiechu.

Dowiedziałem się też jak wyglądają ich losy. Kola z siostrą i Mamą przyjechali z okolic Lwowa do Krakowa do brata, który mieszka w Nowej Hucie, a pracuje w warsztacie samochodowym. Im też dałem mój numer, bo obiecałem Koli pokazać smoka wawelskiego. Wiedzieliście, że po ukraińsku smok to dragon?

Kury zostały pod opieką sąsiadki

„Putin jest gorszy od Hitlera, bo napadł na swoich” usłyszałem od Ukrainki, rocznik 1954. Mąż zmarł pięć lat temu. Dowiedziałem się też, że Charków nie był tak zniszczony nawet podczas II wojny światowej. Wyjechały z miasta 6 marca po drodze zatrzymały się we Lwowie, żeby po 4 dniach trafić na krakowski dworzec. Córka poszła dowiadywać się o możliwość zakwaterowania w Krakowie. Nie mają nikogo ani tutaj, ani dalej w Europie. Mają nadzieję, że wojna szybko się skończy i będą mogły wrócić. Oby ich blok przetrwał bombardowania. No i dwie kurki, które zostawiła pod opieką sąsiadki.

Wszyscy byli bardzo wdzięczni za okazaną pomoc, nie słyszałem ani słów narzekania, ani skargi. Byłem też świadkiem, jak ksiądz z parafii Miłosierdzia Bożego z osiedla Oficerskiego w Krakowie przyjechał po sześcioosobową rodzinę. Po dworcu krążyli wolontariusze z posiłkami, wydawano artykuły higieniczne i ubrania…

Pytanie na jak długo starczy sił i ofiarności bez systemowego wsparcia nie tylko ze strony polskiego rządu, ale także struktur unijnych.

Gdy zobaczyłem płaczącego dwulatka, próbowałem wcisnąć mu pluszaka i jakieś słodycze. Odwracał się ode mnie i uciekał.
„ON CHOCZIET DAMOJ” wytłumaczyła go mama…

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę