Gdy serce jęczy ci od rana,
i myślisz jak się pozbyć chandry.
A ona trzyma, gapa cwana,
w depresji pchając cię meandry.
Łapiesz się zajęć jak szalony,
które ci maja pomóc w dołku!
Grasz na pianinie, robisz skłony,
To nie pomoże, Ty matołku!
W duszy osłabłej słychać wycie.
Pod czaszką głośno piasek skrzypi.
Myślisz z rozpaczą – samo życie!
Nawet już pończoch nie ma Pipi!!!
Może wyjechać na Maderę,
lub kupić sobie gadżet drogi!
Lecz to nie działa – uczuć sferę
już opanował demon wrogi…
Zaraz usłyszę jęk zawodu,
zamiast oklasków głośnej wrzawy.
Do optymizmu śladów, kodu
brak – nawet z rządowej ławy!
Kończę, bo dzisiaj wredna pointa,
nie chcąc być moich żali świadkiem,
Widząc, że smutek mnie opętał,
bezczelnie się wypięła zadkiem!