Gdy się obudzę wcześnie z rana
i smutek mi doskwiera w kościach.
Myślę, że życie to jest dramat,
który się w moim losie mości…
I zanim wstanę, ból istnienia
czuję w każdego nerwu włóknie.
I przez godzinę się nie zmienia…
Panoszy się, jak w ulu trutnie!
Rozpamiętuję w chorej głowie,
Co mi się w życiu nie udało.
Myśli złych karmię całe mrowie,
Czemu się w życiu tak posrało!
Dlaczego dzieci są już duże,
emerytura wciąż za mała.
A wielki deszcz jest w małej chmurze,
skąd ta niekonsekwencja cała?
Leżę tak, kłębiąc się pod kołdrą,
z okruchów myśli mit składając,
żem wpadł w ciemności samo jądro,
że mnie jak muchę złapał pająk!
Pewnie myślicie, że na końcu,
pointy tragicznej wrzucę moduł,
i poszybuję wprost ku słońcu,
jak ludzkich ciem nieludzki ogół.
Mylicie się, bo zamiast gderać
i wciąż rozdzielać włos na czworo,
będę do kawy się zabierać,
bo kawa leczy ranną porą.
Odejdą życia strony ciemne,
jądro zjaśnieje, pająk zwieje.
żale zakończą się daremne,
i zacznę pisać znów „lepieje”!!!