Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Przeklęta góra

Przeklęta góra

Tytuł godny iście himalajskiego wyczynu, w dodatku zakończonego spektakularnym wypadkiem, o którym trąbi cały świat. W Himalajach bywałem jednie zdalnie, a to za sprawą bogatej literatury wspinaczkowej, którą kolekcjonowałem namiętnie w latach 80. Owszem, była raz szansa na wyjazd do Indii, ale nie dostałem wtedy zgody rektora na wyjazd. Młodzieży uprzytamniam, że swego czasu wyjazd wiązał się z niezliczona ilością formalności, które co mniej wytrwałych zatrzymywały w domu. Ciarki przechodzą na myśl, ile trudu wymagało zorganizowanie najprostszego wyjazdu zagranicznego!
Kto wie czy rektor nie uratował mi wtedy życia. Losy dwóch kolegów, którzy wybrali się do Nepalu na trening są do dzisiaj nieznane. Zaginęli bez wieści 40 lat temu…

Odkąd w Zakopanem zagościli pseudoturyści, którzy tłumnie zaludniają wysokogórskie szlaki obuci w sandały, klapki, w krótkich spodenkach i bez pojęcia o górach, omijam te rejony szerokim łukiem. A szkoda, bo przeszedłem w Tatrach niemal wszystkie szlaki, a nawet odwiedziłem miejsca, które nie są dostępne dla turystów. Opowiem o tym przy innej okazji.

Dlatego zwróciłem się ku górom bliższym, niższym, ale pięknym.

Nic nie dorówna gorczańskim polanom, które niespodziewanie wyłaniają się z lasu i odsłaniają widoki właśnie na Tatry! I tak pielgrzymuję wytrwale a to na Turbacz, a to na Górce. A jak czasu mało to i Maciejowa i Stare Wierchy cieszą. Jest ciszej, bardziej kameralnie, a ostatnio na podejściu spotkałem raptem trzy osoby.
To zapytacie teraz, co z tą przeklętą górą, skoro pięknie i nieludnie?
Odpowiem zanim pokażę zdjęcia, bo się poobrażacie i nikt mnie już na blogu nie odwiedzi!

Otóż dość dawno temu – może z 15 lat, może troszkę mniej, umówiliśmy się z grupą przyjaciół, że pójdziemy na Turbacz całą zgraną – i zgrabną, bo przeważała płeć piękna – właśnie na Turbacz. I owszem, parę razy wyszliśmy, ale cel był równie nieosiągalny ja Mt. Everest. Albo zgubiliśmy drogę zagadani na śmierć, albo wstąpiliśmy do czyjegoś kuzyna, który akurat miał pod ręką nalewkę, albo koniec końców rezygnowaliśmy w samym Krakowie zwabieni dobrym ciastem i kawą w miejscu zbiórki. No i do dzisiaj ciąży nad nami przekleństwo Turbaczowej apostazji!!!

A ponieważ z reguły byłem przewodnikiem stada, czuję się odpowiedzialny, żeby zaniedbania nadrobić. No i lezę na ten nieszczęsny szczyt hańby, żeby przeprosić górę za nasze lenistwo i lekceważenie!
W zeszłym roku załapałem nawet biegówki, żeby okazać skruchę.


W tym roku na szczyt nie dotarłem za sprawą zdjęć, które zawsze mocno opóźniają marsz. Dzień krótki, a ciemności i mgła nie są sprzymierzeńcami nawet w Gorcach. Zawróciłem.
Ale nie żałuję! Mimo niesprzyjającej pory – mocne światło w obiektyw za sprawą słońca – udało się zrobić całkiem przyzwoite foty.


Zapraszam do oglądania:

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę