Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Życie to jest teatr

Życie to jest teatr

„Życie to jest teatr, mówisz ciągle, opowiadasz;
Maski coraz inne, coraz mylne się zakłada;
Wszystko to zabawa, wszystko to jest jedna gra.
Przy otwartych i zamkniętych drzwiach.
To jest gra!”

Edward Stachura

Jeżeli miałbym uszeregować swoje pasje w kolejności chronologicznej, na pierwszym miejscu postawiłbym lekturę książek. Zafascynowały mnie jeszcze zanim nauczyłem się czytać, czyli dość wcześnie. Jedynym wcześniejszym hobby było roztargnienie, które prawdopodobnie stanowiło główną przyczynę mojego przyjścia na świat. Mogę się tylko domyślać, że opuszczę ten padół również przez nieuwagę, pomyliwszy bramy do wieczności z wejściem do Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej, która – nomen omen – mieści się przy ul. Rajskiej w Krakowie.
Ilość rzeczy, które pozostawiłem, zgubiłem, zapomniałem, albo zamieniłem, może się równać jedynie z liczba przeczytanych książek.
I tu pojawia się kłopot, gdyż znajoma zachęciła mnie do napisania recenzji, ale nie sprecyzowała którego tytułu ma dotyczyć…


A było tych tytułów w przeciągu ostatnich dwóch miesięcy siedem…

To prawda, udało mi się wyrwać z muzycznego nurtu biograficznego, który porwał mnie jakieś dwa lata temu. Pławił się w nim Chopin, Schuman, Mendelssohn, Mahler i Haendel. Na Bacha brakło mi już siły, choć w myśl znanego przeboju od niego powinienem rozpocząć.
Z Mozartem poradziłem sobie o tyle, że jeden z jego menuetów wybrałem do nauki gry na pianinie. Mam nadzieję, że moje interpretacje żadnej recenzji się nie doczekają!

Pierwszy z siedmiu wspaniałych tomów, to losowy wyciągnięty „Teatr” Sommerseta Maughama z Czytelnikowskiej serii Nike ( nie mylić z butami), która przekrojowo ukazywała światową literaturę. Pamietajmy, że ustrój komunistyczny cenzurował plany wydawnicze i o tyle okrojona mogła być propozycja oficyn literackich. Ale jeśli już coś się ukazało, to z reguły było warte przeczytania.

Wspomniany „Teatr”,

to historia małżeństwa aktorów na tle obyczajowych didaskaliów życia londyńskiej elity artystycznej. Opowieść o szczęściu i – jak to dzisiaj zwykliśmy mówić – dobrostanie Julii i Michała. Ale dobrostan, podobnie jak stan błogosławiony nie trwa wiecznie. Duchowa symbioza głównych bohaterów traci na doskonałości, pojawia się „ten trzeci”, który dość niespodziewanie, tylnymi drzwiami włamuje się do spokojnego pożycia małżonków, z nie do końca czystymi intencjami.
Podoba mi się sposób prowadzenia akcji przez autora, który od podszewki znał opisywane środowisko. Sam popełnił wcześniej 32 sztuki teatralne. Postać ciekawa, urodził się w Paryżu, w którym mieszkał do 10. roku życia. Podczas pierwszej wojny światowej był agentem Secret Service.
W dialogi, które przez całą książkę znakomicie budują napięcie pomiędzy wszystkimi postaciami, wplata trafną charakterystykę zwyczajów angielskiej upper class. Co ważne, robi to w bardzo misterny sposób, pozostawiając inteligentnemu czytelnikowi margines na ocenę wydarzeń.

Przeczytajcie fragment, w którym Tom Fenell, świeżo przedstawiony Julii, składa jej niewinną z pozoru propozycję:
„- Czy nie zechciałaby pani pójść ze mną na herbatę?
Co za bezczelność! Nie poszłaby z księżną na herbatę; traktuje ją jak girlsę. Właściwie to było nawet zabawne.
Czemużby nie?
Naprawdę ?- W głosie jego zabrzmiała prośba. Miał przyjemny timbre – Kiedy?
Wcale nie miała ochoty kłaść się.
Dziś!
Doskonalę. Wyrwę się z biura. O wpół do piątej. Tavistock Square 138.


Z tej krótkiej rozmowy wysnułem kilka wniosków,

a jednym z nich jest spostrzeżenie, że życie każdego z nas to ciągła gra pozorów.
Jest w „Teatrze” ( i w życiu też) więcej smaczków. Przewija się wątek starzenia w odniesieniu do kariery aktorskiej. Autor patrzy krytycznym okiem na sens i pułapki długoletniego pożycia małżeńskiego. Może nie do końca obiektywnie, bo sam był gejem, co w purytańskiej Anglii nie przynosiło popularności… Nie pozostawia też bez prezentacji finansowej strony przedsięwzięć teatralnych, nad którą my, jako obywatele państwa – mecenasa kultury, z reguły się nie zastanawiamy.
Ja mam tak, że po pierwsze zawsze szukam w książce sensu pomiędzy wierszami, a po drugie porównuję mojego życia przypadki z książkowymi i próbuję wyciągnąć jakieś ponadczasowe nauki.
Dlatego moim zdaniem warto sięgnąć po tę niepozorną książeczkę, żeby zanurzyć się w nieco zatęchłe salony snobistycznych. Znajdą tu coś dla siebie miłośnicy Londynu, miłośnicy nietuzinkowych romansów i w końcu czytelnicy, którzy szukają nieco ambitniejszej rozrywki. Tym bardziej, że tłumaczka, Krystyna Szerer, znakomicie, moim zdaniem wywiązała się z translatorskiej roboty. Co nie zawsze jest udziałem współczesnych tłumaczy.


Zostaw odpowiedź

Powrót na górę