Dawniej napisałbym tak:
Z uwagi na długi cykl produkcyjny felieton ukazuje się z ponad dwumiesięcznym opóźnieniem.
Ale czasy sie zmieniły i nagradzana jest asertywność:
Pisanie w numerze noworocznym o Nowym Roku, jest jak przestrzeganie karpia, żeby nie pchał się do wigilijnego stołu.
I, o ile wszyscy świętują Boże Narodzenie, o tyle tej równie poczciwej, co ościstej rybie, jest zupełnie nie do śmiechu. Co prawda egzekucje karpi nie odbywają się już w drastyczny sposób, ryba nie dusi się w siatkach i torbach, ale nie zmienia to faktu, że jako potrawa po żydowsku, lub smażona, podzieli naszą radość z nadejścia Pana w zupełnie niekonwencjonalny sposób. Dlatego już od wielu lat ociągam się z konsumpcją tego sympatycznego skądinąd przedstawiciela ichtiofauny, co może potwierdzić moja małżonka.
Tak sobie myślę, ze karp został wybrany na stół wigilijny z uwagi na wskazaną ostrożność i skupienie przy jego spożywaniu. Po wyczerpującym szare komórki konstruowaniu opłatkowych życzeń, należy się nam chwila wytchnienia. Delikatnie operujemy widelcem, pozbywając się niebezpiecznych ości. Próba odezwania się w choćby najbardziej konwencjonalny sposób, może skończyć się wizytą w szpitalu. W ten sposób wigilijna rybka daje nam możliwość przygotowania się do dalszej konwersacji…i pomaga w ułożeniu żołądka do kolejnych potraw. Wigilijna dygresja jest zakąską do dalszych, zupełnie już poważnych rozważań noworocznych. Już w pierwszych sekundach 2010 roku krakowski magistrat puścił z dymem, w ciągu kilku minut, około czterech i pół miliona złotych.
Nie miałbym nic przeciwko takiej formie promocji, gdyby nie fakt, że poprzedni numer „U Bożego Serca” (gazetka, w której publikowałem felietony”), zamieścił informację, że budżet miejski zostanie obcięty o około 30 %. Znacznie ograniczy to lokalne inwestycje, i tak już bardzo skromne. Z tych dwóch wiadomości wyciągnąłem logiczny wniosek, że gdyby nie cięcia, to koszt sylwestrowych fajerwerków zapewne zbliżyłby się do 6 milionów. Do przyszłego felietonu przygotuję więc obliczenie, ile metrów chodnika przy ulicy Norymberskiej, o który bezskutecznie zabiegam od ponad dwóch lat, poszło w niebo. A, i jeszcze jeden wniosek – rozumiem, że diety radnych też zmaleją o jedną trzecią. Natomiast o odnowieniu , czy choćby usunięciu tablicy informacyjnej Rady Dzielnicy– straszydła, które stoi przed szkołą w Pychowicach i „uczy” nasze dzieci dbałości o estetykę, już na pewno nie będzie mowy. No tak, pewnie w Radzie Dzielnicy nie ma wiceprzewodniczącego do spraw propagandy, o przepraszam, marketingu…. To może ktoś od edukacji? Albo Sekcja Zdrowego Rozsądku? Sprawdziłem – ze strony internetowej wynika, że takowej w żadnej radzie, nawet miejskiej, nie ma.
Przykładem racjonalnego myślenia oraz ironii zaprawionej pieprzem krytyki, jest dla mnie niedościgniony mistrz felietonu Kisiel. Młodszym Czytelnikom przypominam, że pod tym pseudonimem, co tydzień zamieszczał w „Tygodniku Powszechnym” publicystyczne perełki Stefan Kisielewski. Jego ostre spojrzenie na rzeczywistość, zwięzła forma wypowiedzi po prostu powalała z nóg. Tym bardziej, że „TP” był czasopismem mocno reglamentowanym, i po kolejne numery specjalnie chodziłem do Działu Kolportażu na ul. Starowiślną. Żeby jednak nie być bardziej papieski niż sam Kisiel, muszę przyznać, że równie chętnie sięgałem ( i nadal sięgam) po felietony Daniela Passenta drukowane w „Polityce”. Pisane z pozycji konstruktywnej lewicy, pokazywały tyle, ile można było wtedy napisać. Ze starszych jeszcze czasów zapamiętałem skrzące się pomysłami i zamierzonymi lapsusami językowymi felietony Antoniego Słonimskiego. W jednym z nich, komentując narastającą w latach sześćdziesiątych modę na teleturnieje w TV napisał, że w telewizji jest coraz tele-durniej! Po czterdziestu latach to stwierdzenie nadal obowiązuje – wystarczy popatrzeć na prymitywne zaloty do publiczności Kuby Gminnego ( prawdziwe nazwisko pomijam z uwagi na ochronę danych osobowych), wraz z zaproszonymi gośćmi. Ale co tu dużo kryć – telewizja jest taka, jacy są jej odbiorcy… Stanisław Lem napisał kiedyś, że czym bardziej nowoczesnymi środkami przekazu dysponujemy, tym bardziej prymitywne treści przekazujemy za ich pomocą. I pewnie nadejdzie kiedyś taki dzień, kiedy jedynymi strawnymi programami w TV będą… reklamy. A jeśli o nich mowa – to cóż, życząc wiernym Czytelnikom dużo szczęścia, zdrowia i pomyślności w Nowym Roku, zapraszam w ramach autoreklamy do lektury kolejnego felietonu. Uprzedzam lojalnie – będzie krótszy o około jedną trzecią… Z uwagi na cięcia intelektualne niżej podpisanego…A jeśli w dodatku odchudzę powłokę cielesną, to pozostanie tylko powiedzenie za Cezarem – „Kości zostały rzucone”…
Przemysław Józefczyk