W literaturze przewija się dość popularne powiedzenie: „Ogary poszły w las”. Ale felietonowo nie na czasie, bo polować nikt nie ma zamiaru, a „o!gary” można jedynie wykrzyknąć na widok nie sprzątniętych po posiłku garnków.
Dużo bardziej ponadczasowa, moim skromnym zdaniem pogromcy książek, jest maksyma: „Ozory poszły w ruch”. Dlaczego ponadczasowa? Bo stwarzanie pozoru osoby inteligentnej i oczytanej również w pojęciu współczesnego człowieka polega na mieleniu językiem ile wlezie…
Wzór, a jakże, dają nam tasiemcowe seriale, w których to, co w filmie najcenniejsze – gra aktorska, sytuacja, cisza – zostało zamordowane przez wszechobecne gadulstwo.
Miałem kiedyś w pociągu relacji Kraków – Warszawa, okazję poznać reżysera takiego tasiemca. Wyglądał na uzbrojonego ( reżyser, nie tasiemiec) w przeświadczenie, że tworzy kawał dobrego kina. No, wie Pan, aktorzy się świetnie bawią, praca wymaga precyzji, ludzie czekają na dalsze przygody bohaterów.
Tylko moim skromnym zdaniem kinowego laika, dzieło zaczyna się tam, gdzie kończy się słowo… A właściwie tam, gdzie słowa dają do myślenia.
No i tu mam dylemat – bo właściwie w tym miejscu niniejszy felieton należałoby raptownie urwać.
Przyznam, że miałem jeszcze lepsze rozwiązanie – w ogóle go nie napisać. Wtedy powstałoby dzieło doskonałe. Idealna forma i treść bez skazy. Ale wrodzone poczucie obowiązku kazało mi zasiąść przed klawiaturą. Co prawda z opóźnieniem, ale jednak „wypocić” z siebie zbiór przypadkowo ze sobą połączonych słów i słówek. Jak zapewne niektórzy PT Czytelnicy zauważyli felietonowy tasiemiec (nieuzbrojony), ciągnie się już bardzo długo. A jego autor ciągle komuś pokazuje (p)ozór szydercy…
Dobrym przykładem gry (p)ozorów są wszelakie komisje sejmowe i senackie. Ich członkowie, i to niezależnie czy z prawej, czy z lewej strony politycznego łez padołu, stwarzają pozory, że chcą się czegokolwiek dowiedzieć. A naprawdę robią sobie darmową reklamę, mniej lub bardziej atakując przeciwny obóz.
Niejednokrotnie też mieliśmy okazję przyglądać się przedwyborczej grze (p)ozorów. Czego to z ulotek nie dowiadywaliśmy się. Ho, ho – żłobki, równe drogi – to amunicja lżejszego kalibru. Odkorkowanie Krakowa to już cięższa artyleria – a to obiecywał onegdaj jeden z kandydatów na prezydenta Krakowa. Przy czym, moim skromnym ( powtarzam się?) zdaniem, nie ma sensu budować w nieskończoność dróg. Ich ciągle będzie brakować. Trzeba pomóc tym, którzy omijają szerokim łukiem samochody.
Trzeba wytłumaczyć automobilistom, że tkwienie w korkach z papierosem w jednej i komórką w drugiej dłoni prowadzi do śmierci nie tylko fizycznej, ale też duchowej. Że np.: na rowerze można naprawdę jeździć w każdych warunkach. No i znowu wylazło, że moim konikiem jest rower…
Tych którzy naprawdę wiele zrobili dla nas, nie widać na żadnej ulotce.
Bo zamiast pchać się na afisz, zupełnie bezinteresownie poświęcali czas, którego efektem są ścieżki rowerowe, kontrpasy, kanalizacje. Słowem- przedsięwzięcia, do których zapewne będzie się poczuwał wybrany na najbliższą kadencję energiczny (p)ozorant. I to niezależnie od sczebla.
I jakże chciałoby się kiedyś westchnąć z ulgą: „(P)ozory poszły w las”.
Wasz sentymentalnie naiwny
Pozorny Przemysław Józefczyk