Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

KLASYK NA (Ł)OSI

KLASYK NA (Ł)OSI
 
 
Pierwotnie wybierałem się do Żmigrodu. Głównym celem były punkty do kategorii w cyklu „Road Maraton”. Nie mogłem liczyć na zbyt wiele, bo czasówka nie jest moją mocną stroną. Ale „parcie” na zdobywanie punktów przerastało zdrowy rozsądek. Jechać w sumie 600 km. Po to, żeby uzyskać słaby wynika na 18 kilometrowej trasie. Nonsens!
W zmianie decyzji pomógł mi mój „dobry duch” kolarski – Marcin z Rowerowanie.pl. Przesłał informację o Klasyku. Spojrzałem na termin, na odległość do Łosi, wreszcie na profil – jadę!!!
Blisko 1000 m przewyższenia na tak krótkiej trasie, to jest to, co tygrysy lubią najbardziej.
Poza tym:
  • piękna okolica,
  • możliwość odwiedzenia nowych rejonów,
  • wspólny wyjazd z rodziną,
  • pielęgnowanie kolarskiego bakcyla u synów.
 
Decyzja zapadła. Prognozy nie najlepsze, ale co tam. Ile to razy meteo się myliło, a w kwestii maratonów mam niezachwianą pewność, że niebiosa sprzyjają kolarzom. Dzięki uprzejmości organizatora mam namiar na agroturystykę tuż przy starcie : „Dom u Gosi”.
Rano 2 maja telefonuję – ustalam cenę i pytam o warunki. Jest kuchnia i wszystkie przynależne utensylia. Super. Niespiesznie pakujemy się. Rowery na dach, graty do bagażnika. Wyruszamy około 10.30. W Łosiach jesteśmy około 13.30. Chwilkę kluczymy, bo dom ukrył się za kępą drzew. Dolina otoczona sporymi górkami, wcale nie niskimi, jak wynika z nazwy pasma Beskidów.
Instalujemy się w dwóch pokojach.
Teraz pora na objazd trasy. Zabieram Patryka, niech przejedzie chociaż część. Nie będzie to łatwe, bo po 3 kilometrach pierwsza wspinaczka do Klimkówki. Jedziemy dość wolno, nie chcę go forsować. W końcu nie ma przejechanych 1300 km w tym roku, jak jego szalony ojciec . Tuż, tuż, wydaje się, że to szczyt, a tu jeszcze na „dobicie” kilkadziesiąt metrów pod górkę. Kolejne górki „zdobywamy” już z większą gracją.
W Uściu Gorlickim krótki postój, spotykamy Zosię ( moją żonę) z Jankiem, którzy wybierają się do Wysowej.
A my jazda dalej
– przez Skwirtne docieramy do podnóża Kiczerki. Wspinamy się wstążką nowej drogi dość ostro. Na szczycie spotykamy Szymona, który przyjechał na rowerze ze Żmiącej ok. 70 km, i taki sam dystans pokona dzisiaj w drodze powrotnej. Ze szczytu Kiczerki szalony zjazd do Hańczowej, a potem mocno dziurawą drogą zamykamy pętelkę na Rondzie w Uściu.
Trochę wcześniej Patryk kończy trening i wraca na kwaterę samochodem, a my z Szymkiem w szybszym tempie zmagamy się z podjazdami drogi prowadzącej wzdłuż jez. Klimkówka. Rozstajemy się przed Łosiami. Jest gdzieś w granicach godz. 17.
Teraz najlepsze przede mną – Bielinka. Nie da się mocno wystartować, bo przed podjazdem 30 metrowa zapora szutrowo-kamienna. Przejeżdżam ostrożnie, żeby nie złapać gumy. Teraz sztywny podjazd, trochę wypłaszczenia, potem znowu „na sztywno”. Skręt w prawo i „przyjemna” jazda przez las. Ku mojemu zaskoczeniu góra kończy się dość wcześnie.
Postanawiam zawrócić, odpuszczam Oderne. Jest dość późno, poza tym nie chce mi się po raz drugi pokonywać odcinka z Uścia do Łosia. Będzie na to czas jutro.
 
Rano pobudka o 8.
Pogoda słoneczna, mimo zapowiadanego podobno deszczu i zimna. Idę z Jankiem po numer do biura. Jest pusto, nic nie zapowiada dalszego, burzliwego rozwoju wypadków. Odbieramy numer, zestaw startowy i wracamy do domu. Pojawiają się pierwsze samochody z zawodnikami. Ku mojemu zdumieniu widzę też Marcina, od którego przed chwilą odczytałem smsa o niezrozumiałej do tego momentu treści: „Hej, sprawdzę Ci formę jutro:)”.. No to mnie zaskoczył. Cicha woda.
Od startu dzieli nas około godziny. Rozgrzewam się jeżdżąc trochę, ale wiem, że to za mało. Porządna rozgrzewka to około 30 km. Będą straty do czołówki po starcie.
Przez rozgrzewkę na starcie plasuje się w ogonie peletonu. Prawie cały dojazd do głównej drogi zajmuje mi przesuwanie się do czoła. Jak już jestem blisko, zaczyna się pierwszy podjazd i… kicha. Zostaję w tyle. Miga mi zielony trykot Marcina, czerwony Staszka Radzika. Niedobrze. Podjazd idzie ciężko. Wyprzedza mnie kilkanaście osób. Szybki oddech. Marcin ma rację. Brak bazy. Pocieszam się, że jak się zaczepię do jakiejś grupki, to odetchnę. Ale trasa za krótka na zdecydowane odrabianie strat. Różnokolorowa grupa rozciąga się na dobre kilkaset metrów. Charty pędzą z przodu. W pewnym momencie wyprzedzam Marcina. Idzie mu dość słabo. Jakiś kryzys? Pod koniec górki trochę mi puszcza i zaczynam jechać.
Formujemy kilkuosobową grupkę.

Nie daję zmian. Głupio mi, ale po prostu nie czuje się na siłach. Zresztą nawet nie bardzo jest jak. Prowadzący zmieniają się dość chaotycznie, nie ma przepisowego wachlarzyka. Ktoś zwraca mi uwagę, żebym trzymał koło, kiedy zostaję kilka metrów za poprzednikiem.

Mijamy rondo w Uściu. Na początku wspinaczki na Kiczerkę nasz mały peletonik ponownie się rozbija. Zostaje nieco z tyłu. Tym razem świadomie. Byłem tu wczoraj, i wiem, że pod koniec pojadę szybciej. Po drodze uśmiecham się do aparatu, fotograficznego, przed szczytem wyprzedzam ze dwie, trzy osoby.

Karkołomny zjazd do Hańczowej kończy się koło urokliwej cerkiewki. Znowu wjazd na główną. Niestety moja grupka odjechała mi na jakieś 300 metrów. Dwoję się i troję, ale widzę, że w pojedynkę nie dam rady. Tym bardziej, ze droga dziurawa i nie można skupić się na samej jeździe. Trzeba omijać przeszkody. Ponownie Rondo. Wyjmuję żel. Połykam dość szybko. W tym momencie dogania mnie zawodnik w czerwonym stroju. Mówi mi, że go bardzo zmęczyłem. Jedziemy razem, prowadząc na zmianę. W pewnym momencie wyprzedza nas dość szybko dwóch zawodników w niebieskich trykotach. Nie mam ochoty ich gonić, ale mój kompan przyspiesza i siada im na koło. Nie pozostaje mi nic innego, jak pogonić za nimi.

Opłaca się, razem jedzie się dużo lepiej, teraz świadomie wożę się z tyłu.

Widzę, że prowadzi ktoś dużo młodszy, więc nie mam wyrzutów sumienia. Cały czas siedzi mi w głowie Staszek, który dość lekko mi odjechał na samym początku. Wyprzedza nas białym busem organizator i informuje, że jesteśmy już poza strefą „chronioną”. Co oznacza, że musimy jechać zgodnie z zasadami ruchu drogowego, trzymając się prawej strony.

Nie wiem czy dobrze pamiętam, ale z 4 zrobiło się chyba 6-7 osób. Wjeżdżamy pod kościół w Łosiach, czeka na mnie Patryk z wymiennym bidonem. Nie udało mi się złapać w locie, muszę zwolnić, żeby odebrać pojemnik. Jednak dość szybko doganiam grupkę, wyprzedzam i ostrzegam o feralnym odcinku szutrowym.

Tym razem „zdobywanie” Bielinki idzie mi jak z płatka.

Wyprzedzam kolejnych zawodników, chociaż i ja daje się wyprzedzać ( kolarz z napisem Piaseczno z tyłu na koszulce). Mijam wąsatego Bikeholika, moja wyobraźnia podpowiada mi, że to mój konkurent z kategorii – Staszek. Karmię się radością z „objechania” go, ale do czasu…

Dwaj koledzy, do których „podłączyliśmy się” za Ujściem zostali z tyłu. Po prawej mijam jakiś kompleks budynków ( ferma?), za chwilę wjazd do lasu. Ktoś z pobocza podaje informacje, że do szczytu jeszcze 300 m. Jadący za mną wzdycha ciężko, że aż tyle. Doganiam rosłego zawodnika z numerem „50” na koszulce, wygląda na moją kategorie wiekową.

Na zjeździe łapię oddech i wariacki zjazd w kierunku Odernego. Koniec znanego terenu, ale dalej nie powinno być problemu z nawigacją. Przegania mnie „pięćdziesiątka”. Tajemnica naszego ścigania ze Zbyszkiem ( przedstawiliśmy się sobie przed finiszowymi kilometrami), wyjaśniła się na mecie: on dawał czadu z góry, bo miał klasyczną korbę, i większą wagę, ja wygrywałem podjazdy, z uwagi na tarczę kompaktową i lżejsze „jestestwo” .
Chyba na końcówce zjazdu,
już w bardziej płaskiej części, wpadł mi pomysł nadgryzienia batona. Jakoś go wyjąłem, ugryzłem, ale za cholerę nie mogłem wetknąć do kieszonki. Wpychałem, wpychałem, w końcu wepchnąłem, ale na mecie okazało się, że kieszonka jest pusta. Jakiś miejscowy pies zeżre go i dostanie korby. Albo zagryzie inne psy, albo jak wściekły będzie obszczekiwał  kolarzy. Dobrze, że nie umieściłem w kieszonce telefonu i dowodu osobistego, bo poniósłbym kolejna stratę.

Drę pod Oderne

 

Podjazd pod Oderne mniamniusi.

Równa szeroka droga, niezbyt sztywno, moim zdaniem mniej męcząco, niż odcinek Uście-Łosie. Znowu wyprzedziłem kilka osób na podjeździe. Częściowo straciłem na zjeździe. Muszę wymyslić jakiś balast, który mnie będzie popychał z górek. Po raz trzeci Uście, tym razem w większej grupce. Czułem, że moja jedyna szansa, to ucieczka na podjeździe, na prostym finiszu przegrywam. Pociągnąłem mocniej i zgubiłem grupkę. Wysforowałem się jakieś 200, może 300 metrów. Dawało to nadzieję na odskoczenie, tym bardziej, że ten odcinek był interwałowy. Spoglądnąłem za siebie i wyglądało to naprawdę nieźle…

Dopóki nie pojawiła się biało-czerwona sylwetka Zbyszka, który zaczął mnie powoli doganiać. Nie uciekałem mu, tym bardziej, że na ostatnim zjeździe i tak by mnie doścignął. Jechaliśmy ramię w ramię, zapytał mnie skąd jestem. Nasza „była” grupka nie miała już możliwości dognania nas. Pozostało tylko rozstrzygnąć kolejność na ostatnich metrach. Trochę czarowania, raz z lewej, raz z prawej.

Finisz

Ostatecznie musiałem mu ustąpić pola, może o pół, może o całe koło. Za metą podaliśmy sobie dłonie w geście podziękowania. Na mecie czekał na mnie Patryk.

Jeszcze kilkaset metrów pod tamę dla rozluźnienia mieśni. I kilkanaście minut oczekiwania na klucz od pokoju i samochodu, żeby przebrać buty i resztę.
Czas – około 2 godzin 17 minut. Czułem, że przydałoby się jeszcze kilka podjazdów i jakieś 40 km do pełnej setki.
Potem posiłek, kawa, wymiana opinii przy stole z innymi uczestnikami, minorowy nastrój Marcina, którego na samym początku złapał skurcz. Rozmowa ze Staszkiem, który jak się okazało przyjechał około 9 minut przede mną, a ten Bikeholik był łudząco do niego podobny. No i wyjaśniło, się, że to są rodzinne rejony Staszka – podjazd od Skwirtnego na Kiczerkę, to niemal jego kołyska.
Wyników organizatorzy nie zdążyli obliczyć. Wcale to nie dziwne, przy takiej ilości nadliczbowych startujących.
Piękna pogoda,
wspaniałe widoki, prawdziwie sportowa rywalizacja na całej trasie spowodowały, że  drobne potknięcia organizacyjne naprawdę nie mają znaczenia. Opanowanie  wyścigu, logistyka, pozyskanie sponsorów – wszystko to społecznie, bo trudno symboliczne wpisowe uznać za finansową rekompensatę – daj Boże temu, co porwie się na takie przedsięwzięcie.
Jestem pełen uznania dla organizatorów – i za ciekawą, wymagającą trasę, i za zaplecze organizacyjne.
Słońce, które towarzyszyło nam przez wyścig ( i w przededniu również) skończyło się między Łososiną i Tymową. Ulewa odczekała dwa dni i przypomniała o sobie w drodze powrotnej. Ale ucichła w Krakowie i nie przeszkadzała w zdejmowaniu rowerów i rozpakowywaniu. Ale za to czuło się dotkliwe zimno.
Brrr! Jakby tak było na maratonie…
W każdym razie trasa Maratonu jest już prawdziwym Klasykiem. A my nie takie znów łosie, że się męczymy po tych pagórach. W końcu trzeba sobie znaleźć jakieś „uście”
Do zobaczenia za rok….
 
Przemek Józefczyk
PS. Jeśli pojawią się jakieś nieścisłości, to proszę o sprostowania w komentarzach. Dziękuję.

0 komentarzy do “KLASYK NA (Ł)OSI

  1. Witam.Czas musiałeś mieć krótszy, miałem włączony \”GPS logger\” od startu do finiszu miałem czas 02:09'08.Pozdrawiam nr.100 🙂

  2. Możliwe, mój Garmin się zbuntował, tym bardziej, że nie zresetowałem kursu z poprzedniego dnia i wyszły mi dziwne przeloty. Ktoś na mecie mi podsunął ten czas. Faktycznie skoro miałeś 2.09, to jako Twój poprzednik miałem mniej. Pozostaje otwarte pytanie o ile :)Dziękuję za sprostowanie

  3. A Pan Marcin z rowerowania to widać ma wielkie ambicje z całym szacunkiem ale mężczyzna w wieku już słusznym żadnym rywalem nie powinien być dla niego musi sobie szukać rywali w swoim wieku a nie cieszyć się z rywali 20 lat starszych

  4. Pozwolę sobie skomentować ta wypowiedź. Otóż rywalizujemy z Marcinem towarzysko. On jest młodszy, a ja mam lepszy rower. Nie sądzę, żeby mnie uważał za rywala w sensie sportowym… Jak napisałem, dużo mi pomógł, zawsze służy radą wynikającą ze swojego doświadczenia. A sms-a przytoczyłem, bo podoba mi się, że Marcin startuje, mimo, jak sam twierdzi – słabszej formy. Po prostu w tym roku ma ważniejsze priorytety niż starty. Tak więc nie demonizujmy tego współzawodnictwa.I tyle na ten temat.

  5. Możemy śmiało powiedzieć że gdzieś w granicy 1 do 2 min posiadał Pan przewagi, z mojej średniej wychodzi 2.11 min/km, podczas ostatniego prawoskrętu 90* do mety widziałem was tylko moment.nr 100.

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę