DOBRE ZŁEGO POCZĄTKI
Zaczęło się niewinnie. W piątek pobieram numer – 44 ( podobno szczęśliwy), podpisuję oświadczenie. Instaluję się w gościnnych progach Domu Salezjan w Wiśle-Głębcach, krótka przejażdżka prawie po ciemku na Kubalonkę.
Nocleg w Wiśle, wieczorny spacer po mieście. Rano przygotowania do zawodów: żele, batony, izotonik. O ósmej jestem gotowy, pakuję rower i jadę do Ustronia. Na ulicach mnóstwo kolarzy, rozgrzewają się pojedynczo i grupami. 20 minutowy rozruch w kierunku Równicy i powrót na start. Razem ze Staszkiem z Bikeholików ok. 9.30 ustawiamy się przed startem. Wiesiek Legierski przestrzega nas przed zbyt brawurową jazdą. Jeszcze odprawa, szczegółowe instrukcje dotyczące rozprowadzenia przez policję i ruszamy. Peleton rozciąga się na zakręcie w lewo, po wjeździe na rondo skręcamy w prawo. Staram się utrzymać mocne tempo, pamietając, że w Klasyku Beskidzkim odpuszczenie grupy pozbawiło mnie szans na dobre miejsce. Łapię kontakt z Markiem z Felta Gliwice. Postanawiam jechać blisko niego, może uda się utrzymać jakiś czas. Peleton rozciąga się, jednak mimo kilku podjazdów przed kreskę kończącą start wspólny, grupy nadal były dośc liczne. Spowodowało to pierwszy konflikt z policjantem i Wiesiek musiał sztucznie nas podzielić.
RÓWNICA
Moje obawy, ze pierwszy podjazd spowoduje zadyszkę nie sprawdziły się. Kostkowy podjazd bardziej działał na tylną część ciała niż na płuca. Na podjeździe uformowała się kilkuosobowa grupa, która przez długi czas jechała razem. Oprócz Marka, Staszka i mnie zapamiętałem koszulkę Jas-kołki, Eroski ( mój ulubiony !!!), kilku bikeholików. Wiekowo – przemieszane. Czułem, że forma jest niezła, podjazdy i „kręcenie” w grupie ze sporą prędkością nie sprawiała mi kłopotu. Na twarzy Marka zauważyłem kilka razy grymas zmęczenia. Kiedy okazało się, że nie odjechał mi na początku, pomyślałem, że jest szansa na dobry wynik. W Skoczowie na rondzie pomyliliśmy kierunki, ale reszta grupy nawróciła nas na dobrą drogą. Potem dziwny przejazd przez kładkę i trochę jazdy terenowej przez park.
Upał około 25 st. C dawał się we znaki. Na pierwszą petlę wjeżdżamy po ok. 34 km i 70 minutach. Niezła średnia, choć nie ma klasycznych zmian. Jedziemy dość bezładnie, nie ma nikogo, kto „zarządza” grupką. Mamy za sobą dwie wspinaczki w Ustroniu i intensywniejszy podjazd przy wyjeździe z miasta i w Górkach Wielkich.
NOGA PODAJE…
… I TO NIEŹLE
Przecinamy drogę Skoczów – Cieszyn, na której uprzejmy kierowca wypuszcza nas mimo pierwszeństwa z jego strony. Okrzykujemy się w takich sytuacjach tak, aby peletonik nie rozerwał się. Nikt nie próbuje ucieczki przy wykorzystaniu sytuacji drogowej. Skręt w prawo – jak mówi Staszek rok temu jechaliśmy prosto – teraz uciekamy z głównej w stronę podjazdu do Iskrzyczyna. Tutaj kolejna próba, o ile pamiętam, jadąc swoim tempem wyskoczyłem przed grupkę. Zastanawiam się, czy to dobra taktyka, ale nie lubię pasywnej jazdy i chowania się za plecami innych. Jak to się mówi: „mam dobrą nogę”, pytanie na jak długo starczy? Z grupetta, oprócz wymienionych, pamiętam jeszcze kolarza w niebieskim stroju, mniej więcej z mojego przedziału wiekowego. Po 40 km wciskam w siebie żel. Nie odczuwam jeszcze zmęczenia, co ciekawe upał nie daje się tak bardzo we znaki.
Nie zatrzymuję się przy bufecie, mam jeszcze izotonik i żel. Powtarzamy rundę już chyba bardziej rozproszeni. Towarzystwo rozpadło się, widać, że forma nierówna. Na razie nikt nas nie wyprzedza. Rozpoznaję kolejne zakręty, pokonywane przy pierwszej pętli, próbuję łapać lepsze odcinki asfaltu. Pralka na drodze to chyba większa zmora, niż największy nawet podjazd. Jazda w dół z dużą prędkością to praktycznie loteria – trafię w jakąś dziurę, czy nie trafię. Mimo to rozpędzam się dość mocno, w odpowiedniej odległości od poprzednika.
Widzę, że moi główni konkurenci z ubiegłej edycji zostają z tyłu,
co już w połowie dystansu uważam za sukces!!! Oczywiście liczy się miejsce na mecie, ale ten fakt motywuje mnie do jazdy. Nie wiem kto jest z przodu, pojawiają się nowe twarze, tak na oko zbliżone wiekowo, nie wiem kto z tyłu. Oglądanie za siebie nie ma sensu, trzeba jechać swoje.
Drugi bufet – upominam się o butelkę wody – i z piciem w dłoni jadę dalej, tym bardziej, że od bufetu jest zjazd. Wypijam połowe wody, butelka ląduje w rowie. Nieładny zwyczaj, ale jedyny możliwy. Utrzymuje się jeszcze chyba 4 osobowa grupka, w tym Jas-kółka i Eroski. Prowadzą na zmianę, chwała im za to, czuję, że nadszedł kryzys. Zaczynam odstawać na mniejszych podjazdach, nadrabiam to na stromszych. Mam przewagę wagi – 62.5 kg przy 172 cm to spora niedowaga, tym bardziej, że gros mojej masy skoncentrowane jest w dolnych partiach ciała.
94 kilometr: trzeci bufet, zjadam banana, drugi żel pochłonąłem jakieś 10 km wcześniej. Przy bufecie zabawna scena: przychodzi miejscowy i pyta, kto się tym cyrkiem zajmuje? Ale o co chodzi? O ten bałagan wszędzie dookoła. Zostaje poinformowany, że to nie cyrk, tylko zawody, a butelki zostana posprzątane. Nie bardzo go to zadowala, mruczy pod nosem: „co to za sport, co to za sport…”.
KRYZYS, KRYZYS
Z bufetu ruszam sam, jedzie się wolniej, bardziej niż siły brakuje motywacji. Przez Godziszów docieram do Goleszowa, na 102 km, gdy czekam na wolny przejazd przez drogę, dojeżdża do mnie Marek. Pyta co robię i mówi, że mu łańcuch spadł. Ruszamy dalej razem, stwierdza, że jest ujechany. Mnie też zmęczenie daje się we znaki, tym bardziej, że w perspektywie podjazd do Lesznej i Równica, a ja już na liczniku mam prawie 1300 m przewyższenia.
Próbujemy jechać razem. Wreszcie przy granicy skręt w lewo i perspektywa owych 25%. Dogania nas, jak się z rozmowy domyślam, miejscowy zawodnik, który zna tę trasę. Mówi, że to około 2 km, a najstromszy odcinek ma 200 metrów. Jak zwykle, oprócz mięśni dużą rolę odgrywa psychika. Trzeba sobie powiedzieć, że da się wyjechać i nie myśleć o tym jak daleko i wysoko jest szczyt. Ale jak to zrobić, kiedy mięśnie przypominają stek z grilla.
Zawodnik przed nami jedzie zakosami, nieco wyżej dwóch innych pokonuje Leszną „z buta”. Ja zanotowałem minimalną prędkość 5,6 km/h i po przejechaniu ścianki czułem, że jeśli nie zejdę na moment z roweru, to brutalnie zrzuci mnie z niego skurcz obu łydek. Odpocząłem kilkanaście sekund, wsiadłem na siodełko i delikatnie kręcąc, oszczędzając prawą nogę wyjechałem na szczyt. Po drodze wyprzedziłem dwóch „spieszonych” kolarzy. Zjazd dawał nadzieję na wypoczynek dla nóg i stóp, ale wymagał znacznej koncentracji – szczególnie podczas odcinka w lesie.
KRAKSA
Jednak zmęczenie i bliskość mety powodowały częściowe rozluźnienie. W pewnej chwili zobaczyłem gościa w czerwonej koszulce, który ostrzegał o niebezpiecznym zakręcie w lewo. Przyhamowałem, ale zewnętrzna część ostrego skrętu była posypana żwirem. Przestraszyłem się, że się wywrócę, wjechałem na trawę i w tym momencie straciłem sterowność. W prawy zakręt już nie wszedłem. W ułamku sekundy zobaczyłem przed sobą ścianę zieleni i po chwili leżałem na ziemi. Udało mi się wstać, nie czułem żadnego intensywnego bólu. Byłem jakiś metr poniżej poziomu drogi. Widziałem nadjeżdżających zawodników, którzy deklarowali chęć pomocy. Na szczęście w tym właśnie miejscu stał samochód GOPR z ratownikami. Przekonałem się, że jestem w jednym kawałku, trochę tylko przeszlifowany na rękach i nodze. Gdzie rower? – zapytałem. Upadł jakieś 5 metrów dalej, nieszczęśliwie łamiąc ramę.

Zebrało mi się na płacz. Wyrwało mi się soczyste przekleństwo. Rozejrzałem się wokół i zobaczyłem, że na trasie mego lotu był drut kolczasty, który prawdopodobnie przeorał mi łydkę… Strach pomysleć, gdyby zawadził o twarz lub szyję! Furda rama – jestem cały i…prawie zdrowy. Wygramoliłem się z błotka, w które wpadłem i już na spokojnie przyglądnąłem się rowerowi. Pozostałe elementy były całe: koła, napęd, kierownica… Zdjąłem całe ubłocone buty.

Ulga! Goprowiec zdezynfekował mi rany, zadzwonił do Wieśka po transport. Trochę spuchła mi łydka, zaniepokoiłem się, czy będę mógł wracać samochodem do Krakowa. Dla mnie maraton się skończył. Licznik zanotował 109,52 km. Przejechali kolejni zawodnicy, Marek, potem Staszek. Zabrakło łutu szczęścia – za kilkaset metrów równa szeroka droga aż do Ustronia, potem ostatni wysiłek na Równicę. Szkoda…
EPILOG
Zanim przyjechał Wiesiek, informacja, że powyżej kontuzja obojczyka. Zostaję sam. Ostrzegam kolejnych zawodników o niebezpiecznym zakręcie. Kilka samochodów jedzie pod górę – skóra mi cierpnie na myśl, gdyby stanął na drodze mojego „lotu”. Przyjeżdża Wiesiek pick-upem, pakujemy do skrzyni rower, prawie ruszamy, gdy nadjeżdża auto GOPR. W środku cierpiący delikwent, zabieramy jego rower i drobiazgi.
Wiesiek podwozi mnie do parkingu. Koniec trasy. Równica w przyszłym roku – być może.
PS. okazało się, że wypadek spowodował jednak podokostnowe złamanie kości strzałkowej, które powoduje okresowy ból w nodze. Po zagojeniu zewnętrznych ran planuję intensywną rehabilitację na basenie. I poszukiwanie nowej ramy… Czy zdążę na Pętlę?