Kolejny, po „Klasyku Beskidzkim” mini maraton.
Tym razem czasówka w Spytkowicach. Ciekawe rejony – dla mnie to Beskidzki Trójkąt Bermudzki, położony pomiędzy Jabłonką, Rabką i Nowym Targiem. Jedyny raz, kiedy zapuściłem się wewnątrz niego, to podróż samochodem z Rabki do Ludźmierza. Tak mi się spodobał podjazd z Raby Wyzniej do Pieniążkowic, że obiecałem sobie rowerową wyprawę w te rejony.
Okazja nadarzyła się szybciej niż przypuszczałem – I etap cyklu Podhale Tour, zorganizowanego przez zapaleńców ze Spytkowic. Odrowąż, Harkabuz, Podszkle, Podsarnie – przed oczami miałem znane nazwy, które do tej pory nie były wypełnione krajoznawczą treścią. A tu w dodatku okazja do pościgania się w najtrudniejszy dla każdego kolarza sposób – w indywidualnej jeździe na czas.
Organizator przemyślnie nazwał to przedsięwzięcie przejażdżką,
czym po pierwsze odwrócił uwagę niechętnych kolarzom służb, a po drugie zniechęcił kolarskie gwiazdy pierwszej jasności w szosowym peletonie. Jedna z nich na forum z lekceważeniem prychnęła na ten niepoważny start: „Przejazd towarzyski to sobie możemy zrobić sami… „.
Podobnie jak do Miechowa na Puchar Jaksy, wybraliśmy się z Marcinem i Patrykiem, dołączył jeszcze mój młodszy syn Janek. Ci pierwsi jako zawodnicy, ci drudzy jako kibice i ekipa foto…
Spytkowice osiągnęliśmy po nieco ponad godzinnej jeździe. Zrobiliśmy rundę honorową po wsi. Mimo znanych mi terenów i Marcinowego GPS-a „prześlepiliśmy” zjazd do leśniczówki, obok której był wyznaczony start.
Wreszcie jesteśmy – pięknie położone na skraju lasu miejsce.
„Logujemy się” w małym błotku ( coś mnie to błoto od ustroniowej wywrotki prześladuje) i oddychamy świeżym powietrzem spytkowickiego lasu. Odbieramy numery – Marcin 12, ja 18 i kręcimy się po okolicy. Jest Gres z Bikeholików, jest mnóstwo miejscowych zawodników, i to głównie w średnim wieku. Oj będzie ciężko coś tu ugrać. Tym bardziej, że pożyczony od Patryka Scott jest o dwa numery na mnie za duży. Mam jednak nadzieję, że po małym tuningu ( przednie koło i sztyca z siodełkiem z Cannondala) pozwoli mi na przejazd w przyzwoitym czasie.
Wreszcie start
Próbowałem jeszcze przekręcić pedałki, ale bałem się, że zniszczę gwint w „szosie” Patryka. Co Marcin natychmiast zinterpretował jako lenistwo :).
Mamy jeszcze ponad godzinę do startu, przygotowuje sobie izotonik, żel, batonik. Kręcimy się tu i ówdzie, zaglądam do leśniczówki, gdzie mieszka z rodziną moja koleżanka z dawnych lat… Na razie nie ma nikogo.
Odprawa i start. Jak zwykle połowa uczestników nie słucha, prowadzą rozmowy między sobą… Taka to kultura nawet w kolarskim światku…
Start co minutę, trasa niespełna pół setki kilometrów. Pierwsze 30 km to głównie podjazdy. „Windujemy” się na ponad 800 metrów npm. Potem zjazdy, czyli coś, za czym nie przepadam… Mam nadzieję, że nadgonię trochę w pierwszej części etapu. Jest dość parno, mimo słońca zbiera się na burzę. Pierwsze krople padają już na głównej „siódemce”.
Nadspodziewanie szybko dogania mnie kolejny zawodnik.
Trzymam się w pewnej odległości za nim, i już na lekkim podjeździe widzę, że pod górę mam przewagę. Jeszcze dogania mnie w Rabie Wyżnej, ale pod kolejną górkę znowu uciekam. Widzę przed sobą następnego zawodnika. Rozważania, kiedy go dogonię, przerywa ulewny deszcz. Prawdziwy potop, w kilkadziesiąt sekund jestem przemoczony – koszulka, spodenki, w butach chlupocze woda. Wokół grzmoty – no ładnie się zaczyna. Na podjeździe nie ma strachu, gorzej będzie w dół… Doganiam mojego poprzednika i pnę się w kierunku przełęczy. Ulewa jest na szczęście ciepła, nie ma obawy o wychłodzenie. Już nie pamiętam, kiedy przestało grzmieć i padać. Może trochę za szczytem?
Teraz w dół… z bocznych dróg wypłukuje na jezdnię błoto, które ze żwirem tworzy poprzeczne przeszkody. Nie ryzykuję i zdecydowanie zwalniam przed każdą. Samochody wzbijają spod kół fontanny wody. Za plecami zostaje czarna, burzowa chmura. Ciekawe czy kończąc pętle znowu się na nią natkniemy?
Nasuwa mi się refleksja: skoro na maratonach 2010 nie spadła kropla deszczu, to ten sezon jest odmienny? Miechów – śnieg, Ustroń – złamana rama, teraz burza i grad?
Może lepiej zapisać się na maraton brydżowy?
Tak czy siak zjeżdżam ostrożnie, wolę przycisnąć na podjazdach. Przede mną miga żółta koszulka kolejnego zawodnika. Doganiam go przed Załuczną. Po chwili ostry skręt i męczący podjazd w kierunku Bukowiny Osiedla. Tym razem „połyka” mnie numer 32, który wylądował w generalce na 6. miejscu. Czuję, że jeszcze ktoś się za mną wspina, ale odskakuję i przed szczytem już go nie widzę… Zresztą staram się nie oglądać za siebie, pamietając wypadek Woutera Weylanda na Giro, który przy dużej szybkości prawdopodobie spojrzał w tył…
Około 30 kilometra robi mi się smutno, że to już koniec wspinaczki. Teraz będę już tylko tracił w stosunku do innych. Gdzieś między Harkabuzem a Podsarniem dogania mnie kolega, którego wcześniej wyprzedziłem na podjeździe – niestety nie pamiętam numeru, chociaż potem na mecie rozmawialiśmy kilka chwil.
Przed Podwilkiem pojawia się kawałek gorszego asfaltu, na który do tej pory nie można było narzekać. Świadczy to o kapitalnej znajomości terenu przez organizatorów. Strach pomyśleć, co by się działo, gdyby strugi deszczu zasłoniły dziury w asfalcie podczas karkołomnych zjazdów.
Od wjazdu w Podwilku na główną drogę Chyżne – Rabka znowu znajomy teren. Orientuje się, że za kilka kilometrów będę pokonywał zjazd z przełęczy, która dzieli Kotlinę Nowotarską od Orawy. Jednak na kilkukilometrowym odcinku brak pobocza. Na szczęście, jak na zawołanie ruch maleje prawie do zera. Dobry asfalt skłania do szybkiej jazdy, tym bardziej, że jedzie się z wiatrem. Jeszcze długa prosta i już widać cmentarz w Spytkowicach. „Na deser” zajeżdża mi drogę fiat Uno, który turla się ze stacji benzynowej, inny kierowca ustępuję mi w całości drogę.
Ostatnie metry – doping Janka,
który stoi kilkanaście metrów przed metą. Mocniejsze depnięcia już prawie bez tchu. Mijam linię mety z uczuciem zadowolenia, że mimo trudnych warunków i pożyczonego roweru dojechałem w dobrej formie. Być może na przyzwoitym miejscu…
Tym razem Marcin jest szybszy o 8 minut, cieszę się z tego – po Łosiu nie miał dobrego nastroju.
W generalce zajmuje 19 miejsce, w kat. 4. Moje dokonania są skromniejsze – 27 w klasyfikacji generalnej, 10 w kategorii, przy czym obejmuje ona wiek od 50 roku wzwyż. O poziomie „oldboyów” świadczy fakt, że Józef Olchawa z M-3 wygrał generalkę. Z zawodników niestowarzyszonych byłem 5 w kategorii, a 11 w generalce… Ech te statystyki.
Teraz zrzucić mokre ciuchy i można iść na kiełbaskę. Rozmawiam z sympatycznym tubylcem w klubowej koszulce Orła Spytkowice. Opowiada mi co nieco o inicjatywach sportowych Panów Trybuły i Kowalcze, którym na starcie i na trasie dzielnie sekundowała bezimienna ekipa. Rozmawiamy o biegach narciarskich, o dobrej atmosferze dla sportu amatorskiego. Stają mi przed oczami dwa krakowskie stadiony wybudowane za miliardy złotych, które służą autoreklamie prezydenta i skorumpowanej dyscyplinie…
Ile talentów można za cząstkę tych pieniędzy wyłowić w beskidzkich wioskach.
Biegaczy, kolarzy skoczków… Przypominam sobie tor w Pruszkowie – ile rowerów mogliby dostać ścigający się na „byle czym” młodzi chłopcy.
Dekoracja, którą Marcin uwiecznił na filmie, odbywa się sprawnie, chociaż nie bez pomyłek.
Powoli trzeba się zbierać. Pierwszy etap z cyklu czterech imprez zakończony. Z prawdziwym żalem wyjeżdżamy z tego uroczego miejsca. Znowu wychodzi słońce – to zapewne zaproszenie na kolejną imprezę. No i przypomina, że trzeba będzie urządzić pranie i suszenie zabłoconych rzeczy.
Dodaj do ulubionych:
Lubię Wczytywanie…
Related
Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.
Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.