Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Kto zabija czas?

Bardzo nie lubię chwalić się, że właśnie czytam interesująca książkę. Może dlatego, że stawia mnie to w bardzo niekorzystnym świetle wobec intelektualnej śmietanki komercyjnych TV i portali internetowych. Tym bardziej, jeśli „pochwaloną” lekturą nie jest Harry Potter lub kolejny poradnik Ibisza. Nawet taki dwuwiersz mi się nasunął:

Nad poradnikiem Ibisza
Niech zapadnie martwa cisza.

Wracając do literatury piekniejszej  niż pana Krzysia ( świadomie nie napisałem – niż pan Krzysio, bo to amant najśliczniejszy), jednak wypada się czytaniem pochwalić, choćby z uwagi na sam tytuł: „Sława i chwała”.
Jarosława ( cóż za wspaniałe imię) Iwaszkiewicza znam w niewielkich fragmentach. Toteż do lektury trzytomowego dzieła zabierałem się z pewną dozą nieśmiałości i ostrożności. Bez mała 1500 stron książki, to w przeliczeniu na ciężar intelektualny zawartości około 15 000 odcinków serialu M-jak Miłość. Dlaczego?
Bo obliczyłem, że dobra literatura daje na jednej stronie tyle do myślenia, co 10 odcinków przeciętnie interesującego serialu o przeciętnych zawiłościach interpersonalnych przeciętnej polskiej rodziny.
I teraz nietrudno obliczyć, ile godzin należy spędzić oglądając serial, żeby wzbogacić się o treści z najcieńszej nowelki…
A piszę to dlatego, że rzecz przeze mnie opisywana  jest właśnie o przemijaniu. Tylko nie tym „serialowym”.
O czymś, czego nie zauważamy w pogoni za pieniędzmi i sławą.
Książka w sporym skrócie dziejowym pokazuje losy młodych ludzi, którzy poprzez różne koleje losów, w wieku lat 40 uważają się już za starców. Ten skrót polega na umiejętnym przerywaniu przez autora akcji, i przechodzeniu bez zbędnych wyjaśnień do akcji późniejszej o kilkanaście lat. Jest to chropawe, trochę jak urwana taśma filmowa, czuję żal do Autora, że schował przede mną te lata. Przecież scenariusze seriali dzieją się niemal w czasie rzeczywistym! A ja muszę wysilić swoją nadwerężoną zębem czasu inteligencje, żeby przesunąć mocno zardzewiałe sprężyny zegara wydarzeń…
Nie wiem co będzie dalej, minąłem połowę drugiego tomu, a pesymizm i dekadencja wyzierają niemal z każdej strony. Oprócz fascynujących opisów muzycznych, Iwaszkiewicz lubuje się w opisach umierania. Coś, od czego uciekają dzisiaj wszyscy – chorobliwa starość nie zostanie bohaterem X-factora i debilnych ( albo udających idiotów za grubą kasę) jurorów.
Jest jeszcze jeden powód sięgnięcia po tę książkę – lata jej tworzenia. Podobnie jak „Spiżowa Brama” Tadeusza Brezy, o której pisałem wcześniej, powstawała na przełomie lat 50 i 60. Jest moją rówieśniczką…. I aż tyle lat czekała, żebym ją wziął w swoje ręce – za sprawą mojej koleżanki z pracy, o połowę młodszej. To budujące, że klasyka jest rozpoznawalna przez młodych ludzi.
Mam nadzieję, że także Ibisz znajdzie chwilę, kiedy poluźni muskuły na ciekawą lekturę. Bo:

Westchnął krótko idol Ibisz
Te Jarosław, co się dziwisz,
Komu sława, komu chwała.
Mnie z pisania wyszła chała.

PS. Dla zawiedzionych – to nie jest recenzja, to garść refleksji przelanych na papier w chwili słabości.

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę