Ostatnia niedziela kwietnia, mimo pięknej słonecznej pogody nie zachęcała do długich, kolarskich eskapad. Powód – spory upał. Ale cel został już ustalony – wieńcząca miesiąc „setka” musi zostać przejechana.
Godzina startu – 15.53. Zapakowałem oprócz kolarskiego niezbędnika niewielki aparat fotograficzny mojego syna, żeby ubarwić relację obrazkami z trasy. Pierwszy etap, to rozgrzewka na Kolną. Ku mojemu zdumieniu ścieżka rowerowa nawet niespecjalnie zatłoczona, chociaż nie brakuje na niej wózków, piesków i hulajnóg. Ale jakoś się towarzystwo godzi ze sobą, i tylko czasem nierozważna para rowerzystów zajmuje całą szerokość asfaltu…
No cóż, zakochani, wybaczmy im.
Ale wróćmy do realiów
Na tor dojeżdżam po około 12 minutach, pierwszy zgrzyt to wyjazd na kładkę nad Wisłą. Krótki stromy podjazd po sypkiej nawierzchni nie jest ani łatwy, ani bezpieczny dla moich wąskich opon. Jeśli zabuksuję, nie zdążę się wypiąć z pedałów i leżę jak długi ( i chudy). Zastanawiam się jaki jest problem w powiązaniu ścieżki rowerowej z kładką jakąś sensowną nawierzchnią, którą mogłyby pokonać bez obawy o przebicie dętki również rowery szosowe. Bo jeśli się już ten króciutki podjazd pokona, to trzeba jeszcze przejechać niedbale rzucone płyty betonowe, zanim wyląduje się nad lustrem wody. To jeden z licznych absurdów tego kraju, o którym pisał Alfred Jarry w „Królu Ubu”: rzecz dzieje się w Polsce, czyli nigdzie…
Od strony Piekar zjazd już łatwiejszy. Podążam tradycyjnie przez Ściejowice, Jeziorzany, Wołowice do Czernichowa, w którym na rondzie skręcam w prawo, aby po kilkuset metrach zjechać w lewo do Kłokoczyna i Rusocic. Wiatr wieje jakoś dziwnie, ni to przeszkadza, ni pomaga. Jedną czwartą trasy osiągam po 56 minutach. Do tej pory asfalt w miarę, w miarę, jedynie przed Wołowicami dość dziurawe odcinki. Podobnie w Kłokoczynie trzeba zwolnić.
Co jakiś czas mijam lokalnych rowerzystów, którzy bądź to w interesach, bądź rekreacyjnie snują się po lokalnych drogach. Szosowców nie zauważyłem do tej pory. Ciekawe gdzie się podziali.
Krajobrazy – Wisła
Podjazd pod kościół w Kamieniu jakoś idzie mi lepiej, aż mi kamień spada z serca, że forma rośnie. Za chwilę las przed Mirowem. Dalej jadę według wskazówek Krzyśka – lokalsa z Okleśnej, czyli zaraz na początku lasu zjeżdżam w lewo, w miejscu, w którym ostatnio zatrzymałem się na moment. Potem droga sama prowadzi wzdłuż Wisły.

Puszczona wolno wśród pól, na tle odległych wzgórz, nie spodziewa się, że za kilkadziesiąt kilometrów zostanie przystrojona w betonową sukienkę bulwarów. Leniwie płynie pośród łąk, napotykając na swojej drodze niewielką przeszkodę w postaci czynnego promu.

Zatrzymuje się, żeby uwiecznić te wrażenia i mimo woli prawie wpadam na przystojną rowerzystkę. Mija mnie obojętnie, a co najgorsze nie zachwyca się piękną koszulką teamu „Szosowanie”. Odpłacam jej brakiem zainteresowania, gdy za kilka minut wyprzedzam nieznajomą już na terenie Okleśnej. Uwagę moją przyciąga bocianie gniazdo z lokatorami i tabliczka z wykazem miejscowości szlaku rowerowego, którym bezwiednie podążam.

Podoba mi się to, że nie jadę główną drogą pełną aut. Rozglądam się po okolicy. Jest naprawdę ładnie. Schludne obejścia, odnowione domy, gdzieniegdzie tylko widać nieotynkowaną budowlę.
W perspektywie ukazuje się baszta ruin zamku w Lipowcu, w której byłem masę lat temu.

Pstryk, a jakże – i jadę dalej. Włączam się w drogę Zator-Chrzanów, by po chwili znaleźć się na skrzyżowaniu z 44 biegnąca od strony Alwerni. Zaczynam na dobre zadomawiać się w tych okolicach.

Pod skansenem pamiątkowe foto zrobione przez przygodnego turystę. Nie eksponuję roweru, ważny jest drewniany kościółek w tle. Muszę tu kiedyś przyjechać z dziećmi. Ludzi jest dość sporo, na parkingu pełno aut, trochę rowerów i grupa motocyklistów.
Krajobrazy – lasy
Podjazd do Płazy pokonuję w czasie podobnym jak ostatnio, czyli 3 kwietnia . Około 7min 30 sek. wystarcza mi na pokonanie podjazdu. To najwyższy punkt wycieczki – 376 metrów npm. Kolejny podjazd w okolicach autostrady A4 w Grojcu. Znowu fotki. Już ostatnie tego dnia.

Z powrotu do Krakowa warta jest odnotowania straszliwa pomyłka logistyczna i zbrodnia dokonana na oponach. Nie chciałem jechać bardzo ruchliwą o tej porze szosą krzeszowicką, więc postanowiłem w Nawojowej odbić w prawo w kierunku Zalasu. I to był błąd. Po osiągnięciu szczytu kolejnego wzniesienia znak informujący, że przez prawie 2 km droga dziurawa. Prędkość zmalała prawie do zera, średnia spadła do 25,5 km/h.

Z wielkim bólem przepychałem się przez ten odcinek. Nareszcie skończył się, ale nastąpił mniej dziurawy, ale dość uciążliwy przejazd przez Baczyn.
Setka zaliczona
Mijam jeszcze Dolinę Mnikowską, Cholerzyn, Budzyń. Koniec bocznych, spokojnych dróg. Ostatnie kilka kilometrów pokonuję dość szybko. Pomaga mi w tym gładki asfalt i ciężarówka, która nie może mnie wyprzedzić i prycha, warczy, kaszle na moje trochę obolałe plecy. Zjeżdżam z serpentyn pod klasztorem Kamedułów. Na Bielanach i warczenie ustaje… UFF. Skręcił na autostradę. Teraz jadę już z zamkniętymi oczami, zastanawiam się tylko czy przeskoczę setkę. Jeśli nie – trudno… Zrobi się innym razem.
Przeskoczyłem. O 600 metrów. Jak to mawia mój Patryk: „Mission completed”. A upał znowu nie był taki straszny – średnio 30 st. Celsjusza.
Ostrze sobie zęby na pierwsze trzy dni maja – wolne, wolne, wolne!!! Ciekawe co będę robił? Może jednak czytał. Wczoraj pożarłem pierwsze 160 stron ostatnie części kryminalnej trylogii Millenium. Do 4 maja przeczytam całą. Bagatelka – 800 stron. Ale dużym drukiem To prawie jak „setka” z wiatrem”….
Same znajome okolice :)Jak będziesz się kiedyś wybierał jeszcze przez Bielany to daj znać 🙂 Podam Ci wtedy pewien adres 🙂
Same znajome okolice :)Jak będziesz się kiedyś wybierał jeszcze przez Bielany to daj znać 🙂 Podam Ci wtedy pewien adres 🙂