Ten tekst dedykuję Andrzejowi Piątkowi. Oby jak najszybciej się pozbierał i zwiał ze szpitala, bo to nie jest odpowiednie miejsce dla kolarza.
Trzeci Ustroń, drugi rower, trzecia rama, pierwszy deszcz, sto czterdzieste dziewiąte miejsce, dwustu dwudziestu dwóch uczestników. Magia liczb. Magia nazwisk. Szurkowski na żywo. Mistrz z czasów, gdy zachwycałem się pierwszą ( znowu liczby) szosówką marki Huragan. Kolejne skojarzenie? Etap do Karlowych Varów w 1972 roku: „Znowu deszcz, śnieg, wiatr, dotkliwe zimno i góry. Później okazało się, że to najtrudniejszy etap w historii Wyścigu Pokoju”. Czyli huragan pogodowy.
Czyżby Pan Ryszard przywiózł ze sobą wspomnienia z tamtego etapu, na którym Polacy stracili do koalicji rywali ponad 40 minut. I zaaplikował nam magiczną zmianę pogody? Wiadomo, że prognoza przewiduje załamanie pogody – ulewne deszcze i spadek temperatury. Ale może synoptycy się mylą? Przecież w Beskidach zawsze uchodziło nam na sucho… No, nie do końca. Zeszłoroczny maraton Karpacki w Sączu bluzgnął błotem. Ale tu, u Wieśka deszcz wycofywał się w ostatniej chwili ( Ustroń 2010) lub dopadał tylko maruderów ( Rajcza 2010).
Więc co z tą pogodą? Ciepło i sucho – krótki rękaw i spodenki, na wszelki wypadek rękawki do kieszeni. Pozostałe ciuchy odpoczywają w torbach… Przecież przed startem było ciepło. Słoneczko rozleniwiało pojawiające się na przyrynkowych parkingach ekipy zrzeszonych i indywidualnych kolarzy… Zdejmowanie rowerów, któraś z koleżanek rozgrzewa się na trenażerze, po sportowym miasteczku uwija się Wiesiek. Zajmujemy naszym zielonym mikrobusem miejsce nieopodal startu. Debiut teamu szosowanie.tk w ¾ składu. Jest mnóstwo czasu, jedni dożywiają się makaronem, inni dożywiają dętki powietrzem. Dopompowywuję Pawłowi opony na fest, nieświadomy, że będzie to czynność brzemienna w skutkach. Trwają dyskusję jak się ubrać. Szkoda zakrywać nasze piękne teamowe koszulki. Nad względami praktycznymi przeważają estetyczne. Po prostu lans.
Startujemy
Odbieramy numery i chipy, montujemy je na kierownicach. Jesteśmy gotowi do startu. Jeszcze pamiątkowa fotografia przy fontannie i powoli ustawiamy się w strefie startu. Tradycyjnie większość uczestników rozmawia między sobą, nie bardzo przejmując się odprawą. Takie nonszalanckie lekceważenie, bo w końcu cóż ciekawego można usłyszeć na kolejnym już starcie. Ja jednak milczę, koncentruje się na trasie i zastanawiam się, jak pokonam ów feralny zjazd do Cisownicy….
Znowu czuję, jak nie wyrabiam na zakręcie i szarpany przez drut kolczasty ląduje w rowie. Szybkie spojrzenie – jestem cały, mogę wstać, ruszam rękami. Cudownie.
Odliczanie i na sygnał startowy kawalkada kolarzy poprzedzana pick-upem Wieśka rusza przez rondo w kierunku Zawodzia. Cóż za feralna nazwa – Zawodzie. W toku dalszych wydarzeń było to raczej Przedwodzie, a właściwie Przedpotopie. Można inaczej: Woda nie zawodzi. Póki co jednak sucho i ciepło. Szosowanie.tk rozparcelowane w środku i na końcu peletonu. Podjazd idzie mi gorzej niż rok temu, jestem wyprzedzany przez licznych zawodników, macha mi Stasiu Radzik, który już leci w dół, ale i ja pnę sie wartko na Równicę. Pewnie dlatego zRównuję się z Marcinem, z którym koło w koło mijamy Premię Górską. Ale w dół już mi ucieka niepomny na barwy drużyny. No cóż, na razie nie mamy ustalonej hierarchii – kto gregario, a kto lider.
Hm. Zaczyna się robić zimno, tu i ówdzie pojawiają się kłębuszki mgły, które rozkłębiają się bardzo konkretnie. Otacza nas biały woal utrudniający zjazd. Wyprzedza mnie kilka(naście?) osób, ale mnie to rybka, dognam ich pod górkę. I rzeczywiście dopadam jakiegoś grupetta. Razem, z niewielkimi przegrupowaniami przebijamy się przez Skoczów i arcyzabawny odcinek mostkowo-parkowy. Przez chwilę wyobraziłem sobie peleton Giro cisnący się przy tym przejeździe i wstrząsnął mną pusty śmiech. Ale skoro to jedyna przeprawa przez drogę S1, to widać groteska może stać się rzeczywistością. Czego zresztą dowodem liczne urzędnicze poczynania… Pozwalam sobie na dygresje, bo grupetto zwolniło i część adrenaliny mogę przeznaczyć na wymyślanie ironicznych porównań. Pewnie zresztą dlatego ląduje przeważnie w tyle stawki, bo za dużo myślę, a za mało kręcę. Tak już u nas jest – więcej kręcisz, szybciej u celu…
Brr! Zimno i mokro
Ale, ale – czoło przyspieszyło, więc i ja zwiększam kadencję. Okazało się, że na nic, bo niespodziewanie wpadamy w objęcia deszczu. Mokro robi się w pięć minut. Nieliczni nakładają pelerynki, reszta modli się o rychły koniec ulewy. Zostaje nam do mety jakieś 100 km. W zimnie i deszczu. Brr. Upodlenie za własne pieniądze. Próbuje pocieszać jakiegoś przemarzniętego kolegę, że będzie cieplej i suszej, ale on uparcie powtarza, że byle do bufetu, bierze banany i wraca na start. Nasza grupka dojeżdża do skrętu w lewo, hamuję trochę za ostro i czuje, jak ucieka mi tylne koło. Widzę, że chyba dwie osoby nie utrzymały równowagi i wywróciły się – na szczęście niegroźnie.
Jedziemy w stronę rundy. Interwałowa trasa powoduje, że co ucieknę troszkę na podjeździe, to z nawiązką tracę na zjeździe. Przez jakiś czas bawię się tak w ciuciubabkę z roślejszym ode mnie zawodnikiem w ciemnożółtym chyba stroju. Co go przegonię, to on mnie wyprzedza. Podobnie rzecz ma się z kimś o numerze D27 na plecach. Ucinamy sobie krótką wymianę zdań na temat pogody, przy czym niekoniecznie są to pochlebstwa. Trasa dość dziwna, bardziej bocznych dróg już chyba nie było, ale ma to swój urok. Jest taki moment, gdy droga wywija sympatycznego esa przez łąkę, a na tym esie rozsiani kolorowi kolarze. Chociaż kolory są raczej z farb wodnych niż pastelowych.
Majaki
Z tego co spamiętałem, to jakiś czas towarzyszą mi dwie Jaskółki, jest też niezidentyfikowany gość bez numeru, który wygląda na pomocnika. Ponieważ jednak nie pomaga nikomu konkretnemu, nie wnikam głębiej w jego rolę… Przyznam, że teraz mieszają mi się poszczególne epizody, i wcale nie jest powiedziane, że zachowuję chronologię wydarzeń. Ale mój przemoczony mózg, podobnie jak Garmin zawiesił się w pewnym momencie. Koncentrował się głównie na przekonaniu reszty jestestwa, że w sumie jest dość sucho i ciepło, a każdym razie nie grozi mi śmierć z wychłodzenia. Nawet nie wiedziałem, że mam takie sprytne urządzenie pod czachą, które potrafi oszukać samego siebie. Czyli jednak kręcenie mam we krwi…
Był też taki moment, że bodaj dwie Jaskółki ( przyznać się które!!!) pod wpływem miejscowego obserwatora skręciły ostro w prawo i pod górkę, mimo, że strzałka pokazywała łagodny skręt. Z lenistwa zabrałem się za nimi. No i trzeba było wracać.
W ogóle to w pewnym momencie straciłem poczucie czasu, kierunku i osobowości i czułem się jak kukła, którą ktoś ciągnie za mokre sznurki, tylko po to, żeby jej zrobić na złość. Chyba podobnie jak wszyscy z utęsknieniem czekałem na podjazdy, żeby się choć trochę rozgrzać.
Cudownie? Niezupełnie!!! Przecież kilka metrów dalej leży mój rower. Prawie w dwóch częściach. Łzy napłynęły mi do oczu. Przecież to trzecie zawody – i co już po ramie? Doznałem uczucia, jakby mi ktoś położył na piersi ciężki głaz. I jeszcze usiadł na nim. Tak dobrze mi szło. Wyprzedzałem konkurentów…
W głowie cały czas siedział mi obraz odcinka Leszna – Cisownica. Przecież tam jest cholernie stromo!!! A dzisiaj w dodatku ślisko. Znowu po ponad 100 km będę w opałach. Bo co z tego, że zachowam ostrożność. Przecież ktoś może zagarażować na moich plecach. Najpierw muszę tam dojechać.
Skracamy dystans – na szczęście
Tymczasem dobra wiadomość w Kisielowie na rozjeździe: strażak informuje nas, że trasa skrócona. Zamiast na rundy jedziemy do mety. Nie byłem pewien wtedy, czy to dobrze. Ale jednak ta decyzja wielu osobom uratowała zdrowie. Jazda w deszczu i zimnie bez odpowiedniego ubrania mogła się źle skończyć.
W Goleszowie jedziemy trochę inaczej niż rok temu. Droga równiejsza, ale ruchliwsza. Dogania mnie dziewczyna, jedziemy razem. Ostrzegam ją przed niebezpieczeństwem. Ewa z Krakowa pyta mnie o podjazd. To jeszcze kilka kilometrów, nie wiem dokładnie, bo ten odcinek pokonuję po raz pierwszy.
Po jakimś czasie pojawia się tablica Leszna Górna, a potem skręt w lewo i kluczowy odcinek maratonu. Mam wrażenie, że podjazd pokonuje łatwiej niż rok temu. Nie mam skurczy. Inna sprawa, że w nogach mam kilkadziesiąt kilometrów mniej, mimo podjazdu na Równicę. Jedziemy blisko siebie. Wyprzedzam D27, który podchodzi, żeby się rozgrzać. Gdy zbliżam się do szczytu wzniesienie myślę ze zgrozą, co bym zrobił w razie przebicia dętki. Zmiana w takich warunkach to katastrofa. A chyba właśnie tutaj na szczycie dwóch kolarzy majstruje przy kołach.
Horror na zjeździe
Prawie równo z Ewą wyjeżdżamy na górę. Potem ja odpuszczam, początkowy, bardziej płaski kawałek jadę niezbyt szybko. W lesie zakręt w lewo, tu już klamki naciskam z całej siły. I dobrze, bo już na początku poturbowani zawodnicy. Na szczęście niegroźnie. Ktoś ostrzega, że poniżej karetka. Jak tu zjeżdżać, przecież koła ślizgają się. Trudno, chowam honor do kieszeni i na najstromszych odcinkach podpieram się butem. Jest naprawdę nieciekawie. Nie można za wolno, bo trudno utrzymać równowagę, ale lekkie odpuszczenie hamulców powoduje gwałtowny przyrost prędkości. Wiem, że przesadzam, że nie jest tak źle, ale moja wyobraźnia pracuje na zwiększonych obrotach.
Oglądam ramę. Paskudne pękniecie. Oglądam siebie. Z łydki leci krew, trochę pokiereszowane ręce. Zabłocone buty. Widać wpadłem w błoto, które zamortyzowało upadek i uchroniło mnie od poważniejszych obrażeń. Goprowcy dzwonią po Wieśka. Dla mnie Puchar Równicy skończył się tutaj…
Docieram do „mojego” zakrętu. Wcale się nie dziwię, że wypadłem. Na szybkości trudno złożyć się do dwóch skrętów. Tym razem przejeżdżam powolutku. Jeszcze jakieś grudki błota i jestem na szerokim, bezpiecznym asfalcie. Gdy mijają emocje natychmiast robi mi się zimno. Zaczynam się telepać. Zatrzymuje się na przystanku i zakładam zbawienne rękawki. Są suche i dają mi dużo komfortu. Ktoś na forum dziwił się, że ich ubranie poprawiło mój stan psychiczny. To proste – przez mam wrażenie, jakbym ubrał ciepły polar. To daje mocny impuls do dalszej jazdy. Jeszcze trochę w dół, potem Ustroń i ostatni etap maratonu.
Świetnie – dojechałem. Po raz drugi wylewam z bidonu zbędne picie. Zrzucam balast, jak to określił jeden z zawodników. Nie będzie mi już potrzebne. Wysysam żel i równym tempem jadę pod górę. Ktoś dzwoni, ale nie mam ochoty odbierać komórki. Musi poczekać. Znowu spotykam Marcina. Daje mu klucze od busa. W tym czasie ktoś mnie wyprzedza. Nie doganiam go, ale wiem, ze na górze czeka bufet. Po raz trzeci w ciągu dwóch lat melduje się na mecie pod Równicą. Dostaję medal, który usiłuje włożyć przez kask. Ktoś przytomnie podpowiada, że nie da rady. Napycham się galaretkami, ciastkami i zamawiam herbatę, która smakuje jak najwykwintniejszy trunek w najlepszej restauracji.
Szczęśliwy finał
Dojechałem. Słusznie napisał do mnie Saint, że dla niektórych ten maraton to walka ze słabościami. Nie mniej ważna, niż walka o podium. Zresztą kiedyś Ci co walczą dzisiaj o pierwszeństwo, też będą musieli pokonywać słabości. Tak to już toczą się te kolarskie koła fortuny.
Dojechało 181. Zrezygnowało 41. Najszybszy nieco ponad 3 godziny. Najwolniejszy niespełna 6. Magia liczb? Tak. Ale też coś więcej… Coś co w równym stopniu przeżywa zwycięzca i ten ostatni. Nie napiszę co, bo sami to świetnie wiecie…
takie drobna sprostowanie… Goleszów nie Goliszów 😉
Zrobione. Dzięki za podpowiedź…
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Mam do powiedzenia 2 rzeczy:1 – jako szoso-cyklistka – mnie ta walka ze słabościami zajęła 5.41 min. Ale cisnęłam do końca, biorąc pod uwagę wszystko to, czego w suchych warunkach bym nie wzięła – że trzeba uważać, że powoli, że lepiej zejść te 22%, że nie rozpędzać się na prostej, że oszczędzać siły bardziej. Dojechałam cała i szczęśliwa! I to, co poczułam pochłaniając wykwintny trunek herbaciany i czekoladowe herbatniki…to tylko moje, ale Wy wiecie o co chodzi;) Ale dzikie szczęście;)2. Jako absolwentka dziennikarstwa – genialnie piszesz. Ten tekst jest wzorcowym tekstem relacji wydarzenia. A jakie słowa, jakie perły, jakie porównania! Majstersztyk!;)Gratuluję!Czy przełamywanie tekstu migawkami z upadku…To dobrze zrozumiałam, że chodzi o upadek z zeszłego roku?marylapersona.pl
Mam do powiedzenia 2 rzeczy:1 – jako szoso-cyklistka – mnie ta walka ze słabościami zajęła 5.41 min. Ale cisnęłam do końca, biorąc pod uwagę wszystko to, czego w suchych warunkach bym nie wzięła – że trzeba uważać, że powoli, że lepiej zejść te 22%, że nie rozpędzać się na prostej, że oszczędzać siły bardziej. Dojechałam cała i szczęśliwa! I to, co poczułam pochłaniając wykwintny trunek herbaciany i czekoladowe herbatniki…to tylko moje, ale Wy wiecie o co chodzi;) Ale dzikie szczęście;)2. Jako absolwentka dziennikarstwa – genialnie piszesz. Ten tekst jest wzorcowym tekstem relacji wydarzenia. A jakie słowa, jakie perły, jakie porównania! Majstersztyk!;)Gratuluję!Czy przełamywanie tekstu migawkami z upadku…To dobrze zrozumiałam, że chodzi o upadek z zeszłego roku?marylapersona.pl