Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

SETKA SUCHA I GORĄCA

Po zawodach w Ustroniu codzienny rozkład zajęć nie pozwalał mi na dłuższą wycieczkę. Najpierw doprowadzanie roweru do stanu używalności, potem tworzenie relacji z zawodów, wreszcie obowiązki domowe…
Początkowo przymierzałem się do  niedzielnej  Kolarskiej  Majówki w Wieliczce, ale i tu terminarz „nie puszczał”. Rano korki z majcy, potem piknik parafialny. A prawdę mówiąc, nie przepadam za kryterium ulicznym. Totalna przepychanka kłóci się z moim indywidualizmem i dążeniem do wolności. Nie ma to jak maratony, nawet jeśli przez 100 km jedzie się samemu. W końcu praktycznie 80% treningów to samotna walka z czasem. Poza tym jednak warto czasem rozejrzeć się wokół siebie – tak jak w Ustroniu, gdzie mimo deszczu dostrzegłem kilka malowniczych obrazków. Wąska wstążka asfaltu wijąca się wśród łąk, a na niej rozrzuconych kilka różnokolorowych plamek na dwóch kołach.
Gdzieś koło 15 uzbroiłem siebie i rower i wyruszyłem w kierunku Tyńca. Tym razem zamiast Garmina Edge 500 towarzyszył mi w tylnej kieszonce Etrex Vista, którego zadaniem było rejestrowanie śladu. Nie wiem dlaczego podkusiło mnie, żeby pojechać ścieżka rowerową. Zwykle omijam starannie ten fragment w weekendy, tym bardziej tak słoneczne jak ten. Tłok niemożebny, całe kawalkady rowerowe blokujące momentami niewielką szerokość arterii. Jak na dłoni widać, ze brakuje w Krakowie takich rekreacyjnych traktów. I przyznam, że jazda w takich warunkach zaczyna być mocno niebezpieczna… Prawdopodobnie będzie coraz gorzej, bo zainteresowanie cyklizmem w miejsce telewizyjnego odpoczynku wzrasta lawinowo. Szkoda, ze Pan Prezydent nie wizytuje takich miejsc, zobaczyłby, jak wielka szkodę wyrządził mieszkańcom Krakowa, wydając publiczne pieniądze na piłkarsie igrzyska dla nielicznych. Jako historyk powinine wiedzieć, że harmonijny rozwój wszelkich dziedzin życia jest najlepszym antidotum na wszelkie rewolucyjne zawieruchy.
Takie refleksje nachodziły mnie, gdy niczym w zatłoczonym tramwaju przepychałem się w kierunku Kolnej. Jeszcze obniżenie siodełka, łyk wody i opuszczam rowerową Mekke Krakowian. Na szczęście od Tyńca zrobiło się już pusto. Znaną na wylot drogą jadę do Skawiny. Nie bardzo mogę wyczuć kierunek wiatru. Jest to o tyle ważne, że pozwala zaplanować punkt zwrotny pętli. Roboczo jest to Sołtysi Dział między Harbutowicami a Bieńkówką. Jedzie mi się dość kiepsko. Czuję, ze tydzień bez roweru i nadmiarowe ilości kaw zrobiły swoje. Oddech cięższy niż zwykle, na podjazdach trzeba mocniej cisnąć. Ciekawe, że noga podaje, ale płuca za to nie bardzo. Trzeba coś z tym zrobić.
Klasycznie już w Woli Radzisziwskiej obok żółtego sklepiku skręcam na mostek, zaraz potem w prawo – to taki ciekawy wariant dojazdu do Zarzyc Małych. Tym razem niemiła niespodzianka rozkopanego asfaltu. Na szczęście tylko połowe jezdni pokrywa żwir. Ostrożnie pokonuję odcinek około 700 metrów. Potem chyba mój ulubiony odcinek – momentami przez las, chwilami odsłania się widok na kościół w Leńczach. Docieram  do niepozornego skrzyżowania. Ostatnio chwila wahania i trafny wybór – skręt w lewo. Tutaj błyska mi myśl o napisaniu przewodnika dla Szosowców – przecież sporo kolarzy kręci się wokół Krakowa nie znając takich zakątków… Niezbyt męczący podjazd w okolice różowego domu ( zdjęcie w „tęczowej” relacji), a potem bezpieczny zjazd do Izdebnika. Przy głównej drodze stoi sympatyczna dziewczyna z córeczką i przygląda  mi się badawczo. Fakt, nie wyglądam normalnie, obcisłe spodenki z lycry, kask, okulary przeciwsłoneczne, dziwne buty.. Może myśli, że chcę ją porwać? Hm, może nie ma nic przeciwko temu. Życie na wsi musi być nudne… Ale mnie nie w głowie kidnapping. Wolę porwać się na Sołtysi.
Krótki odcinek szosą  wadowicką , spory ruch, skręt w prawo w kierunku Myślenic. Jakoś nie odczuwam przebytej odległości, początkowe zmęczenie ustąpiło . Poza mną prawie 40 km. Sułkowice traktuje prawie jak bezpośrednie sąsiedztwo. Szukam bankomatu, w kieszonce mam tylko 3 zł. To mało w razie jakiejś poważniejszej awarii. Po drodze jest PKO, ale trzeba wspiąć się po schodkach. Szkoda bloków.
Sułkowice zostają za mną, teraz trochę pagórków, Harbutowice, kościół, remiza i za szkołą w lewo w niepozorną  dróżkę. Podjazd finałowy to około 1800 metrów i 160 różnicy wzniesień. Dwa odcinki bardzo „sztywne” – koło zabudowań i przed samą przełęczą… A właściwie ostatnie 500 metrów, to 86  m. różnicy wzniesień, czyli około 17%. Czułem to w nogach.
Na Sołtysim tym razem bez postoju, rzucam się w dół. Uwaga!!! Spory ruch z przeciwka, trzeba trzymać się prawej strony. Nitka jezdni równiutka, nie ma obawy, że dziury wybiją z trasy.
W Bieńkówce szybka decyzja – skręt w lewo – direction Stróża. Tym oto sposobem zawędruje do Myślenic. Jeszcze kilka kilometrów podjazdu, przełęcz o nieustalonej jeszcze przeze mnie nazwie i 14 kilometrowy zjazd do „zakopianki” przez Trzebunię. Droga dobrej jakości, kilka serpentyn, dopiero w samej Stróży dziurawo. Przy dojeździe do Zakopianki uwaga – skręcamy w lewo w dość niepozorną drogę jeszcze przed głównym rozjazdem, aby znaleźć się na starej drodze. Teraz komfortowo, z wiatrem w plecy i niewielkim ruchem samochodowym dojeżdżam do Myślenic. Tutaj odkrywam najkrótszy wariant przejazdu – w okolicach Rynku kostka, potem podjazd i skrzyżowanie z dwupasmówką. Spory ruch, ale pas ratunkowy daje dużą swobodę jazdy. Nie skręcam więc na Sułkowice, ani na Bęczarkę, jak pierwotnie zamierzałem, ale dopiero wiadukt w Głogoczowie wyprowadza mnie ponownie na trakt do Wadowic. Tu już pobocza nie ma. Auta muskają mnie prawie w biodro, a jeden autobusiarz chce mnie nawet zabrać na pokład wbrew mej woli – tak blisko mija moją pochyloną sylwetkę. Koszmar kończy się w Krzywaczce – drogowskaz Skawina zbawia mnie od sznuru pędzących aut. W prawo, i jak po sznurku przez Wolę Radziszowską, Radziszów, Rzozów, obok Bahlsena ląduję w Skawinie. Tu i ówdzie mijam lokalnych rowerzystów lub kolarzy  na MTB. Szosowców jak na lekarstwo. To jednak nie Italia, gdzie co chwilę migają barwne grupki w różnym wieku… Na razie jest nas za mało, abyśmy byli widoczni na drogach.
Walczę o średnią powyżej 27 km/h. Dziurawe odcinki za Skawiną trochę mnie przyhamowują, ale suma sumarum prawie się udaje. Jeszcze tylko odcinek z Tyńca do domu. Nie ryzykuje ścieżki, żeby nie rozjechać jakiegoś rozgrzanego rowerzysty.
Przy domu licznik pokazuje 102 km. Udało się – jest setka, chociaż nie do końca planowana.

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę