Dzisiaj drugi z rzędu dłuższy poranny wypad. Tym razem samotnie. Wczoraj wyjazd odwołał Paweł, dzisiaj rano rezygnacyjnego sms-a przesłał Tomek. To już seryjne absencje ( nie mylić z obsesjami) – ja wczoraj obudziłem się przed 5 rano, popatrzyłem przez okno – hurra, mokro, nie trzeba jechać. I wskoczyłem do łóżka. Za dwadzieścia szósta zbudził mnie telefon od Pawła, który krążył w pobliżu niepokojąc się moja nieobecnością. Nawet stukał delikatnie do drzwi. Mógł sobie stukać. Smacznie spałem rozgrzeszony przez mój leniwy mózg…
Paweł pojechał sam.
Wracając do wspólnych wyjazdów całą trójką udało nam się pojeździć w zeszłą sobotę. Trochę to dziwne było i skomplikowane, ale koniec końców wyruszyliśmy spod domu Pawła przed ósmą w trasę zaproponowana przez Tomka. Wały Wiślane, Piekary, Kryspinów, Mników i Baczyn, potem Zalas. Drogi znane, ale jakby na nowo odkrywane, gdyż przeważnie śmigałem tu samotnie. Kilka tygodni wcześniej jechałem w przeciwnym kierunku od strony Nawojowej Góry, pokonując ponad kilometrowy, leśny odcinek z nielicznymi kawałkami asfaltu pomiędzy dziurami…
Jednak w grupie inaczej przeżywa się widoki i wrażenia. Nawet zatrzymując się na siusiu można podzielić się spostrzeżeniami. Najważniejsze, żeby nikt nikogo nie olał. Wtedy atmosfera jest przyjemniejsza.
Nowością dla mnie i dla Pawła był uroczy odcinek drogi miedzy Zalasem a Brodłami, roboczo nazwany doliną Wrzosów. Sprawdziłem potem na mapie – de facto był to rezerwat Doliny Potoku Rudno. Tak jak wspominał Tomek droga miała charakter Tatrzański. Las i roślinność do złudzenia przypominały Tatry. Tylko patrzeć jak zza zakrętu pokaże się potężny giewoncki krzyż.
Krzyża nie było, znaleźliśmy się za to w Brodłach przed Alwernią. Przecięliśmy główna drogę i zupełnie klasycznie przez Mirów, Kamień, Rusocice i Kłokoczyn zbliżaliśmy się do Czernichowa.
Ale tu znowu Tomek, jako ekspert topografii kolarskiej tych rejonów zaproponował piękny wariant boczna drogą ciągnącą się wzdłuż wału wiślanego. Po drodze pokazał nam mocno zniszczone drzewo, okupowane przez kormorany. No proszę, my nad Wisłą, a jednak kormorany jednoznacznie kojarzą mi się z Mazurami…
Oto i Czernichów. Tomek odbija do domu, a my z Pawłem „męczymy” się jeszcze ponad 20 kilometrów. Zabłądziłem w jakąś nieznaną mi drogę, ale udało się trafić pod kapliczkę na rozstaju dróg w Rącznej. Tu już jak po maśle do Piekar, kładką obok stopnia wodnego Kościuszko i ścieżką rowerową docieramy około 10.30 do Pychowic. 
W sumie trasa ponad 100 kilometrów, przy ładnej pogodzie i ciekawych widokach.
Jest czwartek rano – dobrze po 6 zbieram się i jak zwykle przez Tyniec i Skawine dojeżdżam do Rzozowa. Skręt w boczna drogę i po następnych kilku kilometrach robię eksperyment. Skręcam przez mostek i ignorując dobrze znana drogę jadę pomiędzy domami. Wszystko byłoby w porządku, ale jednak jakość asfaltu pozostawia wiele do życzenia.
To nie jest dobry wariant dla roweru szosowego. Z główniejszą drogą łączę się w centrum Woli Radziszowskiej przy drewnianym kościółku. Akurat z autokaru wysypuje się wycieczka dziecięcego „drobiazgu”, z wielkim trudem ustawiana przez panią opiekunkę. Kilka kilometrów dalej znowu w lewo przez mostek. Ten odcinek znam dobrze. Nadal nieukończone prace przy kanalizacji. Kilkaset metrów i nawierzchnia się poprawia. Ukazuje się też przepiękny widok. Beskid Makowski jak na dłoni…
Łagodnymi podjazdami i zjazdami przemieszczam się nad dolinką Cedronu. Piękny widok na Leńcze i oryginalną bryłę kościoła górująca nad okolicą…
Dojeżdżam do końca asfaltu, jeszcze kilkanaście metrów po szutrze i pytam Panią, czy gdzieś tam jest twarda nawierzchnia. Okazuje się, ze szutrowa droga zmienia się w leśną ścieżkę. Ot i ograniczenia roweru szosowego. Wracam kilka kilometrów i główna droga dojeżdżam do znanego mi z wcześniejszych wyjazdów rozwidlenia. Tym razem już Podchybie rozszyfrowane.
Dojazd do drogi wadowickiej zajmuje mi kilka minut, w centrum Sułkowic tym razem skręcam w stronę Jastrzębi, którą bodaj dwa lata temu atakowałem od Izdebnika. Bardzo miłe zaskoczenie, nawierzchnia super, podjazd do Lanckorony też niczego sobie. Trochę za szybko szarżuję na początku, tracę oddech i muszę zwolnić. Trzeba jeszcze popracować nad wytrzymałością na podjazdach. Na moment stop i pamiątkowe zdjęcie ukazujące kierunek jazdy.
Niestety zjazd dziurawy, nie można się rozpędzać. Niedawno pokonywałem serpentyny w odwrotnym kierunku…
Potem już klasyka. Opłotkami Kalwarii Zebrzydowskiej i główna drogą przez Przytkowice, Polankę Haller do Skawiny. Nadrabiam średnią, pomaga mi w tym wiatr. Cos około 10 ląduje w domu.
Zaliczam kolejny, udany, poranny wyjazd.
W piątek jedziemy z Pawłem.

