… a właściwie kolarskich bloków ( i blogów). Sobota po raz drugi jest ukoronowaniem tygodniowych, porannych treningów. Czyli kontynuacją bezs(c)ennych, szosowych poranków.
Tym razem kompromisowo umawiamy się o 6.30 w Liszkach. Tomek ma tam czekać pod kościołem. Ze wstawaniem nie mam tym razem kłopotów, równo o 5 jestem na nogach. Wszystko przygotowane, zjadam pyszne makaronowo-tuńczykowe pozostałości po wczorajszym obiedzie, dopycham kanapkami, proszkowy izotonik w bidonie uzupełniam „ekologiczną” wodą z Britty. Kilka minut po wpół do szóstej melduję się przy Słońskiego. Z domu wychodzi zaspany Paweł, który jak zeznaje, wstał 10 minut temu, złapał coś w lecie do jedzenia i jest gotowy.
Daje znać o sobie moja stara przyjaciółka – skleroza. Na stole w kuchni zostały rękawiczki kolarskie. Jedziemy po nie, a potem wałem w stronę toru kajakowego, nieprzyjemnym podjazdem do kładki, a potem przez Piekary do Liszek. Notujemy niesamowite wyczucie czasu – w Liszkach meldujemy się równo z biciem dzwonów o 6.30. Tomek jeszcze na góralu.
Krótka odprawa. Tomek kwituje zaplanowaną trasę, że jest jedynie słuszna. Tym bardziej, że kończy się nieopodal ulicy Wileńskiej. Dlaczego tam? Wszystko wyjaśni się w swoim czasie. Jedziemy chodnikiem, po czym skręcamy w stronę Cholerzyna. Myślę sobie, ze zaraz weźmie mnie cholera, bo tutaj zawsze były okropne dziury. Tymczasem szok – asfalt gładziutki, sama rozkosz. HM… jeszcze kilka lat i nie będzie się do czego przyczepić.
Nie rozpędzamy się zbytnio, jest jeszcze dość chłodno, z początkowych 13o temperatura spada do 10o. Gwarzymy nieco o tym i o owym. Zauważam, że mój Edzio (Garmin) nie pokazuje pulsu. Ciekawe dlaczego? Przecież zwykle nie ociągał się z pomiarem. Nie mam ochoty bawić się w ustawienia. Trudno – pojadę na czuja. Na razie płasko, mijamy Morawicę, przejeżdżamy pod autostradą. Chwila wahania, w którą stronę skręcić. Nos podpowiada, że w prawo, ale przekora dyktuje, ze w lewo. A kreska w GPS ( jakby pilot trasy, gdyż mój licznik nie zawiera map) akurat niknie na amen.
Jedziemy w lewo. Po chwili wyjaśnia się, że przed nami podjazd w Chrosnej. Mieliśmy co prawda jechać przez Aleksandrowice, ale premia górska w Chrosnej też jest nie do pogardzenia. Na odcinku mniej więcej 760 metrów średnie nachylenie przekracza 5%. Na całym podjeździe, czyli około 1900 metrów nieco spada – do 4,5%. Czuję pozytywne efekty systematycznej jazdy – jedzie mi się dość lekko, aczkolwiek akcja serca jest zdecydowanie zbyt szybka i na szczycie wynosi 165 uderzeń na minutę. Skąd znam ten parametr? Okazało się, że dane były zapisywane i pokazały się po wgraniu śladu do komputera…. Tętno w Chrosnej było najwyższe tego dnia.
Na górze zastanawiamy się, którędy wrócić do pierwotnej trasy, czyli w kierunku Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Nadarza się okazja, w lewo prowadzi dobra droga. Wszystko co zyskaliśmy na podjeździe teraz tracimy. Zatrzymujemy się jeszcze na chwilę i po konsultacji z papierową mapą tomek wyrokuje, że korzystnie będzie skręcić w lewo za kościołem… Rzeczywiście, jest droga. To ta, którą mieliśmy jechać z Morawicy. Kolejny podjazd do Nielepic. Po prawej okazałe, drewniane zabudowania stadniny koni. Stosunkowo Wąską drogą pędzimy w dół do skrzyżowania ze szlakiem Kraków – Krzeszowice. Kilkaset metrów w stronę Krakowa i skręt w lewo do Rudawy. Znowu boczna droga, która umożliwia swobodniejszą konwersację. Pytam Tomka o jego profesję. Ciekawe zajęcie – trudno mi tutaj jednoznacznie je zdefiniować. Animacje komputerowe, filmy animowane. Nie mogę oprzeć się dygresji: to temat, który niegdyś fascynował mnie jako widza i miłośnika tzw. techniki non-camerowej, czyli „bazgrania” bezpośrednio na celuloidowej taśmie filmowej, bez konieczności robienia zdjęć poklatkowych. W dobie cyfrowej obróbki to prawie jak wykopaliska z hieroglifami…
W Rudawie odbijamy na Pisary, by potem doliną Szklarki dotrzeć do Jerzmanowic. Po drodze w lesie ładny podjazd. Mijamy dom, o którym Tomek mówi, że była tu kiedyś hodowla dzików. Trochę dalej zauważam znak – stromy podjazd i energicznie kieruje się w jego stronę. 57 metrów przewyższenia na przestrzeni 1200 metrów. Dlaczego ma być łatwo, jeśli może być trudno… Pozwolę sobie zacytować fragment z maila o Tomka:
„Ja dziś nie mogę patrzeć na rower przez te Twoje upodobanie do znaków informujących o podjeździe:)”
No cóż, takie mamy ukształtowanie terenu w okolicach Krakowa.
Przekraczamy szosę olkuską i decydujemy się na zjazd w stronę doliny sąspowskiej. Mniej więcej na 49 kilometrze skręcamy ostro w lewo i napotykamy tym razem stromy i niezbyt bezpieczny zjazd, z dwoma wyrzucającymi zakrętami. Dodatkowo przed pierwszym drogę przecina kratka maskująca odpływ wody. Wymarzone miejsce, aby stracić kontrolę nad rowerem. Tak się dzieje z Pawłem. Nie widzę tego, jak próbuje utrzymać równowagę i nie wylecieć z jezdni do głębokiej skarpy. Ledwo utrzymuje się na poboczu. Jestem już na dole, ale czuję, że coś się stało, bo żaden z kolegów nie wyłania się z zakrętu. Na szczęście przygoda skończyła się bez strat, a Paweł zyskał nowe doświadczenie.
Potem jest już łatwo. Do Skały dojeżdżamy uroczą Doliną Prądnika, mijając kościół bł. Salomei, bliski sercu Tomka. W Skale przerwa na jogurt ( spóźnione śniadanie Pawła) i dalej główną drogą ( niestety) śmigamy do Krakowa. Początkowo jest równo, potem zaczynają się remonty. Doganiamy traktor, wykonuję manewr wyprzedzania. Ale to niedobry pomysł, traktor siedzi mi na plecach, a ja nie chcę uciekać za bardzo, żeby ni oddalić się od pozostałych. Po kilku kilometrach wariackiej jazdy z przewężeniami i kiepskiej jakości asfaltem zatrzymuję się na poboczu, a traktorzysta akurat w tym miejscu opuszcza trasę bez dokonania zemsty. Dalej już spokojnie, przez Zielonki finiszujemy na Białym Prądniku. Rzut oka na zegarek – jest 9.07. Pytam Tomka, o której otwierają sklep rowerowy przy Wileńskiej, czyli cel jego podrózy. O 10.00, czyli ma jeszcze godzinę. Organizujemy dodatkową pętelkę dla zabicia czasu. Przez Tonie, ulicą Do Zielonki zataczamy dodatkowe, kilkukilometrowe koło. Po drodze, w najmniej bezpiecznym miejscu organizujemy sesję fotograficzną przy tablicy z nazwą miejscowości. Wymieniamy się przy migawce, tak, aby wszyscy zostali uwiecznieni.
Ponownie Kraków. Kluczymy koło Dworku Białoprądnickiego. U zbiegu Prądnickiej i Zdrowej rozstajemy się. Tomek do Cyklomanii, a my do Pychowic.
Około 10 melduje się w domu wywołując zdziwienie żony, że tak wcześnie. No, tak – jak na trzech wariatów, to wyrypa zdecydowanie za krótka. Przejechaliśmy 90 km, pokonując w sumie 950 metrów w pionie.
Odpinam od pedałów bloki, tym samym robiąc pierwszy krok do „cywilnego” życia.
Lubię przeglądać Twoje trasy, bo przeważnie jeździsz po znajomych okolicach :)O tym,że podziwiam samozaparcie i wstawanie o świcie już nie będę wspominać 🙂
wiesz, minęło już trochę czasu, więc Forza, to trochę moja licencia poetica. Okropnie nie lubię nadrabiać zaległości, bo mi z głowy wylatują szczegóły. Był pomysł, żeby brać dyktafon, ale na razie uznaje wyższość aspektu sportowego nad reporterskim. Pozdrawiam. Bukowina – może za rok. W niedzielę chcę się wybrac na objazd maratonu Karpackiego…