Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Nadrabiam zaległości – chorwackie piekło

Jeśli ktoś się spodziewa, że będę opisywał cały wyjazd do Chorwacji, to się grubo myli. To będzie kwintesencja szosowa, czyli efekt taszczenia na dachu rowerów przez pół Europy. Pomysł narodził się z refleksji z zeszłorocznego wyjazdu do Włoch. Roweru nie wziąłem – a szkoda. W sumie to nie wziąłem też dlatego, że nie miałem. Stara rama leżała połamana po zawodach w Ustroniu w kącie kotłowni, a nowa jeszcze nie wiedziała, że będę jej właścicielem. A trudno było by mi jeździć na samych kołach szczepionych łańcuchem. Jogin ze mnie żaden, a tym bardziej ekwilibrysta ( nie mylić z dekabrystą).




Ale do tematu. Rowerki – czyli Cannondale z gustownie postrzępioną folią, która miała chronić napęd przed deszczem, oraz Scott, którego miała dosiadać pozostała część rodziny, bez szwanku dojechały z nami do Jadriji, niewielkiego kąpieliska położonego 13 km od zabytkowego Szybenika. Ja dotarłem z  potwornym bólem głowy, który rozpoczął się za Zagrzebiem, a zakończył dopiero następnego dnia – w niedzielę. I stanowił wyraźny dowód istnienia czasoprzestrzeni rozciągającej się od stolicy Chorwacji aż po dzień święty.
Czasoprzestrzeń w postaci upiornego upału prześladowała mnie przez najbliższych kilka dni. Pierwszy wyjazd – w poniedziałek – został już zaplanowany wcześniej. W serwisie Garmina odnalazłem trasę przejechaną i opublikowaną przez chorwackiego kolarza, trochę ją zmodyfikowałem i wgrałem do mojego Edzia. Oprócz tego Paweł zaopatrzył mnie w dokładny atlas drogowy Chorwacji, a Empik, za niewielką opłatą, w nieco mniej szczegółową mapę tegoż kraju. Tak wyposażony mogłem śmiało ruszać na podbój Dalmacji.


Podbój opóźnił się o kilkadziesiąt minut, zamiast o 6.30 wyjechałem kilkanaście minut przed 8. Wczorajszy rekonesans pozwolił mi jechać bez wahania w stronę Szybenika. Monotonna prosta między spalonymi słońcem połaciami ziemi nie nastrajała optymistycznie. Droga, mimo, że boczna, była bardzo dobrej jakości – bez wybrzuszeń, wybojów i dziur. Wymarzona dla roweru szosowego. Dojazd do drogi Zadar- Szybenik to około 5 km, potem do rozjazdu na Knin kolejne 5. Na razie kreska na GPS-ie prowadzi mnie bezbłędnie, ruch umiarkowany, upał też mi nie doskwiera. Z podziwem obserwuje drogę poprowadzoną przez skalne zbocze – jest gładka jak stół, nie muszę uciekać do osi jezdni, żeby unikać wertepów. Daje to dużo większe poczucie bezpieczeństwa, mimo, że samochody mijają mnie dość blisko. Przejeżdżam nad autostradą A1 biegnąca wzdłuż wybrzeża chorwackiego, by wkrótce skręcić w kierunku Parku narodowego Krka. Z poziomu morza wyjechałem nawysokość 170 m.
 Teraz zaczyna się łagodny zjazd, który według mapy skończy się w miejscowości Skradin u ujścia rzeki Krka. Początkowo droga prowadzi wyżyną, by na ostatnich 4-5 km opuścić się na wysokość 2 m. npm. Po drodze mijam dziwny tandem – pierwszy rowerzysta siedzi poziomo, a drugi klasycznie. Niestety schowałem już aparat, więc zdjęcia nie będzie. Pozdrawiam ich tylko i pedzę w dół. Czym niżej, tym bardziej zielono. Pokonuje 4 serpentyny, z których roztacza się kapitalny widok na rzekę i miasteczko. I tu widać port jachtowy… Robię zdjęcie na most i w głąb rzeki. Akurat przepływa stateczek spacerowy, który zapewne wozi po Parku turystów.


Skradin zostawiam po lewej stronie. Kilkaset metrów dalej widzę drogowskaz do Dubravic, czyli wioski, przez którą prowadzi mój szlak. Zaczynam się mozolnie wspinać, tym mozolniej, że temperatura osiąga 32 st. Celsjusza. Hm, ciekawe co będzie dziać się bliżej południa. Na wszelki wypadek racjonuję izotonic z bidonu. W Dubravicach  pani myje samochód, obficie polewając go wodą z węża. Na ten widok  robi mi się jeszcze goręcej. Potem żałuję, że nie podstawiłem się pod strumień zimnej wody… To była ostatnia okazja. Kolejną bieżącą wodę miałem w łazience naszego apartamentu. Wspiąłem znowu na 170 metrów. 
Tym razem dystans był krótszy, a stromizna większa. Moim oczom ukazuje się krajobraz częściowo pokryty lasem, ale niezbyt zielonym. Wybrzeże zniknęło mi  z oczu, pojawia się teren, który roboczo nazwałem interiorem. W dole droga, którą opuściłem jakiś czas temu. Kolejny zjazd w dolinę – tracę wysokość, ale na przekór rośnie temperatura – 34 st.
Przede mną 3 kilometrowy podjazd o przewyższeniu ok. 180 metrów. O ile mnie pamięć nie myli, mijam wioskę Rupe.
Mieszkańcy z niedowierzaniem patrzą na gościa, który w 35 st. upale pnie się uparcie ku jeszcze gorętszym rejonom. Niestety nie mogę się z nimi dogadać, jednak chorwacki znacznie różni się od polskiego. Spoglądam na tętno – ponad 90% maksymalnego, czyli gdzieś w granicach 155 uderzeń na minutę.
 
Tracę rozeznanie gdzie jestem, dojeżdżam do kapliczki, mijam ją po lewej, ale za chwilę Edek drze się, że zgubiłem kurs. Faktycznie w lewo odchodzi droga w stronę Iceva. Tylko dziwne, że na tablicy przekreślone są niektóre kierunki. Czyżby droga była nieprzejezdna? Nie mam wyboru, trzeba trzymać się określonego azymutu.
 Cykam fotkę i pozostawiam kapliczkę za sobą… 
Opadają mnie wątpliwości. Wracać. Jak się zgubię, to w tym piekielnym upale tak wyschnę, że zmieszczę się do bidonu. W oddali widzę wstążkę drogi, ale widzę też jakąś koparkę i ciężarówkę. No tak, asfalt się kończy, przede mną jakaś warstwa technologiczna pod drogę, a za jakieś 300- 400 metrów znowu asfalt. Niedaleko jest jakieś domostwo i ludzie. Wykrzykuje do nich po polsku pytanie, czy da się tam przejechać. Chyba zrozumieli, bo potakują. Cos tam jeszcze wyjaśniają, ale i tak nie wiem o co im chodzi.
Trudno – powolutku jadę, uważając, żeby nie przebić dętki. Mam dwie, ale nieszczęścia lubią chodzić parami. Nie wiem co bym zrobił, gdyby mi ich,
(dętek, nie nieszczęść), brakło. Nie ma szans, żeby Zosia trafiła na to zadupie. Co prawda wypisałem kartkę z nazwami mijanych miejscowości, ale na takie odludzie nie trafią nawet kosmici. To rzeczywiście idealne miejsce do prowadzenia wojny. Można wystrzelać całą armię, i nikt się nie dowie…
Wreszcie dotaczam się do koparki i ciężarówki. Kierowca pokazuje mi gestem, żebym poczekał. Dwie, trzy minuty i ładunek gotowy. Chcę zejść na bok, ale samochód sprawnie omija rower. Uśmiecham się do szofera i macham mu przyjaźnie. Jak oni mogą pracować w takim upale. Mamy już 39oC i dopiero 10 godzinę. Przejechałem połowę  zaplanowanego dystansu.

Przeprowadzam rower koło koparki i też macham operatorowi. Oprócz łyżki do ładowania, ma takie specjalny młot do kruszenia bloków skalnych. Przyglądam się z ciekawością, jak sprawnie idzie mu rozdrabnianie kruszywa.
Jeszcze kilkadziesiąt metrów i wracam na asfalt. Wygląda mi na to, że tak wygląda tutaj generalny remont drogi. Nie łaty, nie kolejna warstwa smoły, tylko po prostu wszystko od zera. To mi się podoba. Najpierw solidna baza, a potem dopiero nadbudowa. Zapraszam Panów od autostrad do chorwackiego Iceva. Tym bardziej, że w pobliżu jest miejscowość Velika Glava. Można się wiele nauczyć.

Dojeżdżam do ronda. Podświadomie wybieram drogę krótszą, ale Edek nie daje za wygraną. Piszczy i każe jechać do Bratiskovci, czyli tak jak zaplanowałem zygzakami… Dodzwania się do mnie zaniepokojona żona, która wyliczyła, że o 10 powinienem być z powrotem Jadriji. Nie wzięła pod uwagę, że wyjechałem później. Tłumaczę sytuację i obiecuję bieżące raportu z dalszego przebiegu wycieczki. Z góry widzę kolejne skrzyżowanie. Można jechać prosto do wjazdu na autostradę, w lewo do Skradina, albo w prawo – tylko właśnie nie bardzo wiadomo gdzie. Wybieram wariant nr 3, właśnie ze względu na niejednoznaczność celu. Wysokość 33m npm. Temperatura spadła do 38o C. teraz jest lekko pod górkę i przeciwny wiatr. Jestem na 55 kilometrze. Chyba zaczynam mieć omamy, bo co chwilkę mi się wydaje, że już widzę koniec podjazdu. A tymczasem jadę ponad 4 kilometry i znów wysokość 190 metrów, czyli mniej więcej poziom domu  w Pychowicach. Osiągam punkt, z którego wreszcie zaczynam kierować się w stronę Jadriji. Zaczynam obawiać się o picie. Jeden bidon pusty, drugi opróżniony do połowy. Co prawda już mam bliżej niż dalej, ale zapowiada się coraz goręcej… Łyki są coraz mniejsze, a widoków na zatankowanie żadnych. Przebijam się jeszcze przez jakieś niewielkie podjazdy i wreszcie dojeżdżam do miejsca, w którym zjechaliśmy z autostrady. Wioska nazywa się Mala Cista i nie wiem dlaczego w moim rozżarzonym do czerwoności mózgu pojawia się skojarzenie z jednym głębszym. PO prostu zaczynam powoli fantazjować na temat tego, czego deficyt odczuwam najbardziej – czyli napojów… A to, że są wysokoprocentowe – to już zagadka dla freudystów.
Po przejechaniu nad autostradą wpadam w jakiś upalny mikroklimat. Nawet nie sprawdzam, ale czuję, że temperatura rośnie lawinowo. Po sprawdzeniu w domu okazało się, że maksimum wyniosło 43o, a średnia 35.5o.
Postanawiam troszkę skrócić drogę. Oczywiście, a jakże, na końcu skrótu znowu roboty drogowe. Ostrożnie przetaczam się po kilometrowym odcinku szutru. Na deser dostaję odcinek prostej o długości około 5 km. Żadnych zakrętów, żadnych pagórków. Po prostu prosta. Trzyma mnie tylko myśl o prysznicu i wodzie zgromadzonej w lodówce. Wreszcie po 89 km zamykam pętlę. Ostatni odcinek pokonuję dość szybko.
Siedzę chwilę w cieniu domu, zdejmuje buty i wchodzę do pokoju. Siadam na łóżku, i czuję jak kropelki potu uwalniają się każdym porem mojej skóry. Piję zwykłą wodę. Dotarłem! Nie byłem przygotowany na taki upał!!! Nigdzie o tym nie pisali. Nikt o tym nie mówił. Znowu przesunąłem granicę swoich możliwości. I poznałem rejony, do których nigdy nie dotarłbym ani pieszo, ani samochodem.
Jutro znowu jadę!
Cel – Otok Murter…

3 komentarze do “Nadrabiam zaległości – chorwackie piekło

  1. Szkopuł w tym, że w niedzielę pracuję 🙁 bez możliwości zamiany. Spróbuję się \”wstrzelić\” w 12.08Dzięki za zaproszenie i pamięc…

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę