W niedzielę, jak to w niedzielę. Śniadanie w gronie rodzinnym – kanapki, kawa, herbata, kakao. Potem pewnie msza święta. Co prawda, ostatnio napisałem na fejsie, że obowiązkowo Centrum Handlowe, ale może to nikomu niepotrzebne szydzenie z zapracowanych w tygodniu klientów. Przecież nie wszyscy muszą spędzać niedzielę na spacerach, wycieczkach, w muzeach i na koncertach. O TV nie wspominając.
No i dostało mi się od losu za tą pisaninę. Właśnie w niedzielę. W salonie Play. W Galerii Kazimierz. Tam, gdzie od niedawna pracuję Zamiast pokornie przyjąć konieczność pracy w dzień święty, wyzłośliwiałem się. Że oświadczam, że w niedzielę z Rodziną, że nie opuszczę Centrów Handlowych aż do śmierci…
Zaczęło się niewinnie. Od Pani, której nie działał I Pad. Po prostu jej pad, i nie chciał łączyć z netem. Takie zgniłe jabłko. Oczywiście ustawiłem, a jakże. Doładowałem jeszcze internet w laptopie, bo Pani miała sieć stereo. Pani była z zagranicy, ale obsługiwała się językiem polskim. Chyba emigrantka…
Następny Pan był czystej krwi Arabem, no nie – Australijczykiem. Przyprowadził go jakiś młodzian o podejrzanej proweniencji. Nie przypominam sobie, żeby Play zatrudniał stręczycieli, doradcy biznesowi i konsultanci ( w tym starsi), to co innego. Ci nie stręczą, tylko sterczą. Aż im się starcze zmarszczki zrobią od straszenia… innymi operatorami.
A propos namawiania – zanim pojawi się kolejny klient-niespodzianka, telefon z Empiku. Że jest do zagospodarowania wolna hostessa. Młoda, świeża i bez zobowiązań. Wylegitymowała się się mailem od nas, że potrzebujemy akcji promocyjnej. W porządku – dawać! Na czas jej przejścia przez Galerię zająłem się Panem z anty-padów, o przepraszam, z antypodów. W sumie mogło mi się pomieszać, bo miał zupełnie zwyczajny telefon ZTE. Ja już kiedyś rozszyfrowałem ten skrót. Po prostu: Z Tajwanu Elektronika. Hiuałeja też rozszyfrowałem. Daje litery pierwszą i trzecią, a potem dwie ostatnie. Nie przypuszczałem, że chiński tak spokrewniony z polskim. Ale żeby tak z grubej (he he) rurki walić od razu. Sprytny naród…
No cóż, Pan jak stał, tak stoi, doszła hostessa na koturnach. Czekają. Panu zainstalowałem kartę Playa, a tu telefon się znarowił. Co złapał sieć, to się resetował. I znowu. Wszystko w tej Australii na głowie postawione, chyba niewłaściwa półkula. A propos półkul – hostessa w porządku. Wszystko na miejscu. Po prostu wzorzec.
Pan był anglo, a właściwie australiojęzyczny, jakoś tak dziwnie mówił, jakby z kangurzej torby.
Następna była Pani, która chciała kartę. Ale miała simlock Ery. Tak, tak, Era jej założyła, nie T-Mobile. Cóż było robić. Wysłałem Panią do kiosku. Wróciła. Z doładowaniem. Które nie wchodziło. Za nic w świecie. Żadne gwiazdki i kratki nie pomagały. Jeszcze w życiu nie widziałem doładowania z wywalonym jęzorem – i to prosto na mnie! Odesłałem Panią…
O Boże, jeszcze mi tylko brakuje starozakonnego z Izraela i Arabów. Nic się nie bójcie przyszli. Tyle, że odczekali do następnego dnia. Izraelita był bardzo drobiazgowy miał na imię Samuel. Powiało Starym testamentem. Ale niepotrzebnie wyprzedzam fakty.
O Boże, jeszcze mi tylko brakuje starozakonnego z Izraela i Arabów. Nic się nie bójcie przyszli. Tyle, że odczekali do następnego dnia. Izraelita był bardzo drobiazgowy miał na imię Samuel. Powiało Starym testamentem. Ale niepotrzebnie wyprzedzam fakty.
Kiedy przewaliło się już międzynarodowe tsunami reklamacji, doładowań, pytań, obiekcji i utyskiwań, to wreszcie przyszedł ktoś po umowę. Konkretnie dziewczyny. I to po jaką. Bez telefonu. Szybko, łatwo i bez komplikacji. Że co proszę? Bez komplikacji?. Jak spojrzałem na dowód, aż mi się nogi ugięły. Czasowe zameldowanie! Żegnaj umowo, żegnajcie splendory. Grzecznie klientki przeprosiłem, wyjaśniłem powód, że dowód – i odesłałem.
Żeby mi nie było smutno, za moment wpadł gość zrobić inwentaryzacje środków trwałych. Cak, cak, poskanował kody, cyknął fotkę w planie ogólnym, dał do podpisu protokół, i tyle go było widać.
Żeby mi nie było smutno, za moment wpadł gość zrobić inwentaryzacje środków trwałych. Cak, cak, poskanował kody, cyknął fotkę w planie ogólnym, dał do podpisu protokół, i tyle go było widać.
Po jego wyjściu jakby się uspokoiło.
Myślę, kupię sobie kawę w sąsiednim sklepie. Sprawa prosta jak umowa bez telefonu – podstawiam pod maszynkę kubeczek, wybieram rodzaj kawy, naciskam guzik i za chwilę pachnie pod nosem pełnią szczęścia. Potem do kasy i płacę 3 złocisze…
No gdzieżby, nie tym razem! Nawet nie syknęło z rurki. Ekspres zepsuty. Pierwszy raz od dawna. Akurat dzisiaj. Pusty kubek wypadł mi z ręki, przewróciłem oczami, w duchu zaskowyczały dzikie instynkty. Precz! Precz! Niedzielne mary. Już się ze mnie nie naigrywajcie. Ja już nie będę szydził.
No gdzieżby, nie tym razem! Nawet nie syknęło z rurki. Ekspres zepsuty. Pierwszy raz od dawna. Akurat dzisiaj. Pusty kubek wypadł mi z ręki, przewróciłem oczami, w duchu zaskowyczały dzikie instynkty. Precz! Precz! Niedzielne mary. Już się ze mnie nie naigrywajcie. Ja już nie będę szydził.
Kara była dotkliwa – nawet kluczy nie mogłem znaleźć, chociaż spokojnie dyndały na pendrivie przy komputerze.
W niedzielę, jak to w niedzielę. Nic się nie udawało. Aż do wieczora. A wieczorem?
Jak to w niedzielę… Kolacja w gronie rodzinnym. Zeschnięte kanapki, słaba kawa, zimnawa herbata, kakao z glutami.
W niedzielę, jak to w niedzielę. Nic się nie udawało. Aż do wieczora. A wieczorem?
Jak to w niedzielę… Kolacja w gronie rodzinnym. Zeschnięte kanapki, słaba kawa, zimnawa herbata, kakao z glutami.