Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Przed zachodem na wschodzie

Na początku był chaos. Czyli zmagania z ustawieniem przerzutki. A to dolna nie wskakiwała, a to nie dało się wrzucić na trzy górne. Kręciłem, naciągałem i jakoś do porządku doprowadziłem. Ale jak się później okaże – tylko pozornie.
No dobra, cały dzień przebąblowałem, trza mi gdzieś jechać.
Nie sportowo – bo i duch i ciało nie dopisuje, ale rekreacyjnie.
Powyżej uszu mam już ścieżki rowerowej, Tyńca, Piekar, Balic – słowem wszystkiego co ode mnie na zachód.
Postanawiam odświeżyć wschodnie rubieże Krakowa. Plan nader skromny, bo i godzina dość późna – 18.00.
Myślę tak – dojadę do Mostu Kotlarskiego, przezeń przejadę, a dalej obadam jak się ścieżka dla cyklistów wije…
Jest fajnie. Trochę przeszkadzają skrzyżowania i światła, ale w końcu to nie Tour de France. No i najniższy bieg coś chrobocze. Poprawię po powrocie.


No i dojechałem – z jednej strony koniec ścieżki , a z drugiej windykacja.  Ne ma się co przejmować. Kiedyś i tak nas Najwyższy zlicytuje na Sądzie Ostatecznym.
Po drugiej stronie drogi zardzewiałe, postkomunistyczne straszydło.


Wracam na „starą” drogę. Ul. Łutnia dojeżdżam do Brzegów, tu mnie kusi rozjazd do Wieliczki, czyli droga powrotna. No nie, to trochę za blisko. Jedzie się dobrze, chociaż nie za szybko. Po głowie chodzi mi drewniany kosciółek, chyba w Grabiu ( Grabiach). Koniecznie muszę do niego dojechać. Co zakręt, to mi się wydaje, że już jestem przy nim. Mijam sporo rowerzystów, przeważnie „lokalnych”, czyli takich, którzy podróżują do sklepu, albo na nieodległy spacer…


Między Brzegami i Grabiem kapliczka. Dokładnie w środku. Jakby chciała objąć swoim zasięgiem obie wioski. 


Znowu rozjazd… i znowu decyzja – ja chcę kościół!
A może ten kościół zupełnie gdzie indziej. Może cykloza pomieszała mi we łbie i wywołała, a właściwie wzmocniła sklerozę.  

No, ale przecież jechałem tu z Patrykiem i świątynia, piękna, drewniana była. Co więcej, byli ludzie na mszy świętej…


No, jest. Wyremontowany, deski aż lśnią czystością. Niespodzianka. Banerek oznajmujący peregrynację relikwii ks, Bosko w Dębnikach. Proszę, jednak jakaś wewnętrzna siła – a może to Duch święty, pchała mnie tutaj. Don Bosco to Salezjanie, a Salezjanie to przecież parafia pychowicka, wspólnota, w której mieszkam.


Muszę zgłębić skąd w Grabiu ksiądz Bosko…
Wracać mi się już nie chcę. NO cóż przede mną Niepołomice. Stało się. Dojechałem dalej niż chciałem. Ale nie żałuję, bo widzę kontrast dla fabrycznych resztówek w Płaszowie. 
Eleganckie hale, przemysłowa estetyka. Man, Royal Canin i wiele innych firm rozsiadło się na podniepołomickiej równinie. Fotograficzną klamrą spinam „dawne i nowe laty”…
Koniec pleneru, a właściwie prawie koniec. Bo jeszcze zdjęcie domu szwagra. Nie wpraszam się, bo słońce już nisko, a do Krakowa zostało jeszcze kilkadziesią kilometrów. Ale to takie zwykłe kilometry, nie ma już o czym pisać.


Węgrzce Wielkie, Kokotów, Czarnochowice – dobry asfalt kończy się wraz z początkiem Krakowa. Bieżanowską docieram do Wielickiej, potem Bonarka, Mateczny i domek.
Wyszło trochę ponad dwie godziny i niecałe dwa bidony. I ździebko  ponad 50 km.
Da się wytrzymać – jak na wieczorny spacerek.

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę