Bardzo mam wielką ochotę na imprezę taneczno-karnawałową. Z wygłupami, przebierankami, na pełnym luzie, bez polityki i pijatyki. Z humorem i przytupem, bez zadęcia i napięcia. Surrealistyczno-odlotowa, przy której karnawał w Rio to zaledwie średniowieczny dance macabre. Czysta forma – bez treści. Żeby nie rozróżniać upajania się piwem od upijania się pawiem. Żeby wymieszać języki wszystkich kultur. I zostawić daleko w tyle serialową rzeczywistość smętnych damsko-meskich układów. Drzemie we mnie taki dadaistyczny robal, który chce, żeby skrawki pozostały skrawkami, a niekoniecznie układały się w logiczną całość.
I jeszcze jeden warunek mam: żeby zjawili się na nim wszyscy, którzy czują subtelny polot oparów absurdu, Ci, którzy nie mędrkują i opowiadają kim to oni nie są.
– No, nie – odezwał się we mnie szczątkowy głos rozsądku – zabawa? w trudnych czasach. A przyszłość? A emerytura? a 8 godzin snu? Dieta? Szczoteczka do zębów?
– Pierniczyć pastę i makaron – skontrowało moje gorsze ja – chrzanić polityków, sejm i programy wybiórcze. Ma być głośno, wesoło i na przekór!
– A katz? – upierał się.
– Zamiast katza waltz wiedeński, takiż sernik i toruński piernik na bazie układu heliocentrycznego. I piękne kobiety schnące bez poety. I bez podniety.
– To może waltz angielski zwany bostonem – spokojniejszy co nieco i bardziej dystyngowany.
– No nie, świat ma wirować, czyli w skrócie świrować.
Tak mi się wewnętrznie o północy gada.
A zewnętrznie?
Niedziela w pracy. Praca w niedzielę. Oprócz dwóch brodatych Żydków, prawie jak z odpustu na Salwatorze w Sukiennicach, Gabriela z ładną fryzurą w moim guście, małżeństwo w ciąży – dwa razy podawałem Pani wodę, zamojska klientka po internet. Franzuz z koszmarnym angielskim i francuskim menu w telefonie. Ale wytrzymałem i mordowałem się z nim po angielsku. Francuski zostawiam na inne okazje.
Dzień zleciał nam chyżo. Dzisiaj wyjątkowo zamknięcie we dwoje z Dżastiną. Bo z reguły jest solowe.
Pani z fryzurą wróciła jeszcze przed 20 z prośbą, żeby jej skopiować kontakty ze starej Nokii, a Justyna kończyła umowę bez telefonu. Ogólnie nastrój bardzo dobry – jak to w niedzielę w pracy.
Do domu jechało mi się lekko, bo z wiatrem, po drodze kupiłem dwie puszeczki złocistego napoju. Ot tak, dla spróbowania. Just for taste. No i lepiej się pisze…. Ale dzisiaj tylko jedna pucha.
Teraz w uszach brzmi David Gilmour. Jak on spiewa. I akurat teraz: „Let the night surround you”. Niech noc Cię otoczy.
To chyba tyle.
Wtaczam się w otoczkę.
Bye…
PS. Aga coś chora. A we mnie odzywa się empatia. Przeszkadza, ale robi ze mnie człowieka.