No i weekend za pasem. Jeszcze z czwartku mniej smutne okruchy: wracając wpadliśmy do cukierni w M-1, żeby przekąsić małe co nieco, czyli ciastka. No i Mado kompletnie zaskoczyła Panią w barze pytając, które z ciast jest najbardziej gorzkie. Kelnerka nie bardzo wiedziała co odpowiedzieć, więc Mado złagodziła swoje żądanie do poziomu ciasta najmniej słodkiego. Padło na Zachera, ja wziąłem Tiramisu, po którym było mi niedobrze, a Iwona już nie pamiętam co. Nauczka – nie jeść w galeryjnych przybytkach spożywczych. Co najwyżej precle.
To tyle tytułem glossy do czwartkowego dnia.
Co do piątku to mam trochę pustkę w głowie. Acha, cotygodniowa rozmowa z wychowawczynią Patryka, chwali go za smacznie przygotowany posiłek na zajęciach praktycznych, ale gani za zachowanie w stosunku do nauczycieli.
Z blogiem dostępnie publicznym jest kłopot, jednak nie można pisać wszystkiego. Autocenzura jest niezbędna. Może coś aluzyjnie, żeby po dłuższym czasie dało się wywołać szczegóły danego wydarzenia.
I czy można artykułować wszystkie swoje pragnienia i potrzeby? Pewnie tak, ale nie wprost, tylko poprzez jakieś literackie konotację.
Co o tym myślicie? I tak nikt nic nie napisze. To już wielki sukces jeśli kilkanaście osób znajdzie czas na przeczytanie tych zdań.
Jakieś rozmowy, reklamacje. No, przypomniało mi się. Wymiana drukarki. Nowa jest mniejsza, czarna i kopiuje znacznie ładniej. I tu mi się na marginesie nasunęło wspomnienie uporu koleżanki z Nationale Nederlanden – Joli Nieć, która straszliwie zwalczała określenie „skserować” jako błędnie definiujące proces powielania dokumentów. Zadawała zawsze pytanie, czy jeśli kopiarka nosi nazwę np.: Minolta, to nie słuszniej będzie mówić „zminoltować coś”. Wszkże czasownik kserować pochodzi od nazwy firmy Xerox. W pełni ją popieram i od ponad 10 lat świadomie używam słowa „kopiować”. Bo jeśli nie, to w naszym salonie od dzisiaj będziemy Hiuwletować Packardować dokumenty.
No cóż, takie tam językowe dywagacje.
Dostaliśmy telefony. W tym gejfony 5s, właśnie takie, na jakie czekam od przeszło dwóch miesięcy. Rzuciliśmy się na nie z Agnieszką, tym razem byłem pierwszy i zagarnąłem cenny łup w postaci iPhona czarnego i srebrnego. Pozostał jej złoty, ale jak się okazało klient zaakceptował takie rozwiązanie.
Moje przeznaczone były dla kancelarii notarialnej. Jeszcze zgłoszenie do działu biznes info w celu zwiększenia limitu sprzedaży i gdzieś po 17 wysłałem maila z informacją, że można zgłosić się po upragnioną zabawkę.
Warto wspomnieć o małżeństwie – niezdecydowanym kliencie i jego rozgadanej żonie. Pozarodzinnie stanowili trzon zespołu muzycznego, a Pani była właścicielką agencji marketingowej. Ale głównie skupiali się na muzycznej oprawie różnych wydarzeń – hm. eventów, żeby użyć poprawnej polszczyzny. W końcu kupili Samsunga. Zaglądnąłem na ich stronę www, ładne zdjęcia, chociaż nie za wiele. Ciekawa historia powstania, ale fatalnie zamakietowana, rozrzucona na całej stronie, zdecydowanie zniechęcająca do czytania. Pewnie jak i mój blog.
Wieczorem niespodzianka – w przednim kole kapeć. NIe miałem pompki, ani zapasu, ale na szczęście Zosia jechała na Kazimierz, więc podrzuciła mi koło. Cak, cak i mogę jechać.
Padłem w łoże dość wcześnie i nie zdążyłem nic napisać. A rano wstałem dość późno. Zostało tyle czasu, żeby coś zjeść, przygotować się do pracy i odebrać po drodze okulary. Nawet ładne są, mocno siedzą na nosie i uszach, a przeznaczone są do dali. W cenie jest oryginalne etui. Firma: ZanaZara. Rzeczywiście mocno poprawiają rozmazującą się już nieco rzeczywistość. Mogę w nich jeździć na rowerze i oglądać telewizję. Spróbuje też pokierować samochodem.
Kończę bez relacji z soboty.
A chociaż może w punktach:
1. Aneksy z Panem, którego „ustrzeliłem” podwójnie – wyszedł zachwycony
2. Obfity obiad w barze Targowym przy Daszyńskiego – żurek z jajkiem, pieczeń z frytkami i surówka
3. Finalizacja przeniesienia dwóch numerów Pani Rejent i jej syna – uff, kamień spadł mi z serca, jak to załatwiłem
4. Trochę śmichów chichów w przerwach miedzy klientami
5. Dziewczyna zadająca setki pytań. w pewnym momencie powiedziałem, że odpowiedź na kolejne pytanie jest płatna 🙂
6. Bazgrolenie różnych rzeczy z Agą na małej karteczce.
7. Przemokłem cholernie jadąc do domu.
Miłej niedzieli
PS. Przerobiłem kolejne lekcje włoskiego. Umiem powiedzieć Jestem głodny i boje się.
Chi vediamo amici!!!


Niestety, tak to już jest w naszym życiu, że trzeba uważać, co się piszę, bo może się nam to odbić przysłowiową czkawką :)Ja tam lubię do Ciebie zaglądać na blog :)PozdrawiamMonia