Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Odczepiam wagon z Playem…

Eeee.
Zaniedbałem się ostatnio, co niekoniecznie znaczy, że przestałem się myć, a w szczególności myć zęby. W sumie mógłbym, bo blog nie wydziela zapachów, wiec przegląd mojego menu nie wpłynąłby na jakość odbioru warstwy literackiej.
Warstwa zapowiada się grubo, bo wiele też rzeczy spotkało mnie ostatnio. Dobre filmy, dobre czasopisma i też trochę miłych słów od czytelniczek. 
Spotkało mnie też pójście po raz ostatni do salonu Playa i odrobienie kilkugodzinnej pańszczyzny należnej kapłanom Kodeksu Pracy  z HR-u. Oczywiście nie obyło się bez incydentów, które powodują, że rozstanie ze sprzedażą stało się dla mnie bardziej przyjemne niż myślałem. 
Zapewne nie naruszę tajemnicy służbowej, do której zobowiązuje mnie regulamin pracy, jeśli napiszę, że na pierwszy rzut przyszedł klient z reklamacją telefonu. Padło na Justynę, która radziła sobie z Panem bardzo sprawnie. Ten jednak, po przekazaniu informacji, że telefon kupił tydzień temu, a dopiero wczoraj go włączył – bez powodzenia, niestety – domagał się stanowczo wymiany aparatu na nowy. Upierał się, iż obowiązkiem sprzedawcy jest sprawdzenie funkcjonowania urządzenia. Ponieważ tego nie uczyniono, przysługuje mu nowe…
Wywołany z zaplecza argumentowałem, że przez ten tydzień Nokia mogła upaść, zostać zalana lub w jakikolwiek inny sposób uszkodzona. I, że nie możemy dać Panu nowej. Klient rozsierdził się na dobre:
-Nie ma Pan do mnie zaufania! – wykrzyknął oburzony – leżał cały czas w pudełku! Nie będę z Panem w ogóle rozmawiał.
Bardzo było mi to na rękę. Wycofałem się na z góry upatrzone pozycje i kontynuowałem porządkowanie papierów na mojej półeczce. Przyznam, że oburzenie abonenta podziałało na mnie kojąco – na salony to ja się rzeczywiście nie nadaje…
Potem zadzwonił biznesmen zaniepokojony brakiem zasięgu na przeniesionym bodaj z Plusa numerze.
Zależy mi bardzo na aktywacji – zaczął ugodowo – bo numer należy do przedstawiciela handlowego, a nikt nie może się z nim skontaktować.
– Od kiedy numer miał działać? – zapytałem.
-Od przedwczoraj – odparł zrezygnowany.
– A przełożył Pan kartę Playa? – indaguje klienta dalej.
– Tak!
– A włączał Pan i wyłączał telefon?
– Tak – ponownie pada twierdząca odpowiedź
Sprawdzam w systemie. Istotnie numer aktywny w Play od 1 lutego.
Może być błędnie wprowadzony numer karty SIM – informuje – proszę spróbować to zweryfikować i zadzwonić do nas.
– A jaka jest w telefonie karta? – zadaje podchwytliwe pytanie, znając skłonność klientów do słuchania ze zrozumieniem.
– No jak to jaka, Plusa – pada zdecydowana odpowiedź.
Zdaje mi się, że klient mówił coś innego przed chwilą. Jednak przerywam śledztwo i zupełnie nieugodowo ordynuję:
– Proszę zainstalować kartę Playa i zasięg pojawi się od razu!
Uff. Jeszcze jedna duszyczka zbawiona od technologicznego piekła. I to w miarę pokojowo ( a właściwie salonowo), bez scycji. Cóż Playowi po mnie, pójdę do ONZ w dyplomaty.

W sumie mógłbym tak w nieskończoność, ale to jest nudne. Naśmiewanie się z klasy średniej, która obecnie, tak jak niegdyś robotnicza, stanowi podwaliny naszego kraju… Tyle, że ta klasa jakoś tak bardzo poniżej średniej jest.
Chociaż nie. Nie nudne. 
Aga miała gościa, któremu sto razy tłumaczyła jak zmienić ofertę na Mini-Max, czyli na nielimitowaną ofertę na kartę. A ten ciągle żądał od niej, żeby sama mu to zrobiła. Na nic tłumaczenia, na nic wyjaśnienia. Facet się uparł. Po prostu MINImum rozumu MAXimum uporu. I to bez limitu. Klient był tak upierdliwy, że nawet nie chce mi się układać dialogów.
A propos dialogów…
Z rzeczy poza salonowych dwa filmy tematycznie zbieżne, chociaż gatunkowo odmienne. W nocy na HBO „Dwoje do poprawki” z moją ulubioną Meryl Streep, a nazajutrz komedia francuska, głupawa aż do absurdu. Oba filmy łączy motyw sesji terapeutycznych, w których brali udział partnerzy niezbyt udanych związków. Przy czym w pierwszym przypadku sporo było sytuacji żywcem wyjętych z autentycznych relacji między małżonkami, natomiast w drugim czułem atmosferę „Pechowca” z Pierrem Richard i Gerardem Depardieu.
Bardzo jeszcze chciałbym opisać moje wrażenia z lektury dwóch archiwalnych numerów czasopisma „Kraków”, ale przez szacunek dla miłośników – o ile tacy w ogóle są – bloga, nie rozwinę tematu. Może w następnym tekście. 
Nie przesadzajmy. Dialog, recenzja w jednym poście – i to wszystko za darmo. 
Wiem, że lubicie być rozpieszczani – ale kto mnie rozpieści. 
Buuu.

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę