Jak to – w Rzymie witam się po rosyjsku? Co się u licha dzieje?
Zaplanowaliśmy jeden wypad poza Rzym. Przewodnik doradzał Ostię, jako najbliżej położoną i najłatwiej dostępną atrakcję turystyczną. Dojazd w cenie miejskiego biletu na tą odległość wydawał się niewiarygodny, tym bardziej, że dojazd linią kolejową FR1 prowadząca do położonego na przeciwległym brzegu Tybru Fiumicono kosztuje 8 euro czyli 5 razy drożej.
Pociąg, będący mutacją rzymskiego metra zaczyna swój bieg na stacji Ostiensee i podąża przez podstołeczne osiedla. Jednym z nich jest EUR wybudowany przez Mussoliniego. Nie wysiedliśmy tam, ale co nieco na ten temat poczytałem. Skrót oznacza Espozizione Universale Roma. Dzielnica położona na południowy zachód od centrum miasta miała celebrować w 1942 roku dwudziestolecie powstania faszyzmu.
Jest już dość późno, bo po wczorajszej dwuetapowej eskapadzie pozwoliliśmy sobie na tzw. LB czyli leżenie bykiem. Spanie do 11, potem leniwe rozglądanie się po świecie. Pogoda już nie tak ładna jak wczoraj, w nocy nawet opady.Waham się czy jechać, jednak spędzanie kilku kolejnych godzin nawet w tak przytulnym mieszkaniu, jak to przy Portuense 104, uważam za zbędną stratę czasu.
Mijamy kolejne przystanki o nic nie mówiących nazwach….. Wzdłuż torów ciągną się osiedla najpierw bloków, a potem domków jednorodzinnych. Nasza stacja jest niepozorna, poczekalnia, bramki biletowe, na peronie toaleta. Przydaje się, można załatwić się w cywilizowany sposób.
Wyjmuję przewodnik, żeby sprecyzować kierunek marszu. Mostek jest nieorzyjazny, sporo stopni, na których Jurek męczy się dość szybko. A pod mostkiem dwie drogi, po których równolegle pędzą w dwóch kierunkach samochody. Hm, zdaje mi się, że nie bardzo oddałem moje wraźenia. Cóż skoro jedziemy zwiedzać ruiny, to i tok myślenia może być nieco zrujnowany.
![]() |
| Plan Ostii |
Wejście do obiektu niewielkie, wstęp 8 euro, osoby niepełnosprawne gratis. Właściwie nie bardzo wiadomo, za co się płaci. Z oddali widać trochę murków z niewielkiej, ciemnoczerwonej cegły, pokrytej patyną wieków (czy cegłę może pokrywać patyna?). Patryk wyraża swoje desinteressement i daje w długą, czyli z powrotem na Zatybrze.
Zostajemy z Jurkiem. I dobrze. Bo to, co zobaczyliśmy przechodzi nasze najśmielsze oczekiwania. Te małe murki to były pozostałości miejscowej nekropoli, czyli pisząc po ludzku – cmentarza. Są kwatery całkiem niewielkie, są też i pozostałości znacznie okazalszych grobowców. Po śmierci, tak jak w życiu, materia góruję nad duchem.
Idziemy główna ulicą, Maximus Decimus, czyli taką lokalną Marszałkowską. Zdumiewa po pierwsze rozmach zbudowanego przed ponad 2 tysiącami lat miasta. Ostia Antica to najlepiej zachowane ruiny starożytnego miasta, które jako port położony u ujścia Tybru do Morza Śródziemnego pełnił ważną funkcję handlową. O bogactwie mieszkańców Ostii świadczy kilka łaźni, amfiteatr na 3 tysiące widzów i dobrze zachowane fragmenty budynków kupieckich, położone tuż nad Tybrem. Z ich okien kupcy mogli obserwować galer, którym Kleopatra płynęła na spotkanie Juliusza Cezara.
W ciągu godziny udaje nam się obejść niewielki fragment miasta. Zresztą spora część jest wyłączona ze zwiedzania ze względu na obfite opady deszczu, które zalały znaczne fragmenty ekspozycji. W pewnym momencie wpadam w panikę, bo zabrnęliśmy we wnętrze największej łaźni, i nie bardzo mogliśmy się wydostać z labiryntu murów, pomimo tu i ówdzie wbitych tabliczek z zapisem „Uscita”.
Miasto zwiedza spora grupa francuskich licealistów, którzy widać mają lekcję historii starożytnej. Trzeba przyznać, że lwia ich część z zainteresowaniem słucha wyjaśnień przewodnika.
Zresztą okazuje się, że Ostia stanowi konkurencję dla Wieży Babel, bo na przystanku kolejowym spotykamy anglojęzyczne turystki, a w kolejce naprzeciw nas siedzi kobieta rozmawiająca przez telefon po rosyjsku. Chyba się bidulka nie spodziewała, że natknie się na kogoś, kto zna rosyjski. Przez dwadzieścia minut wylewnie opowiada swojej rozmówczyni matrymonialne przygody io niechęć do poślubienia sześćdziesięcioletniego, bezrobotnego Włocha. Przyznaje, że ma 54 lata, i woli kogoś w swoim wieku. Kusi mnie ogromnie, żeby podejść do niej i nienagannym rosyjskim złożyć stosowną propozycję, jako, że cztery dni temu skończyłem 55 lat. Powstrzymuje się, z uwagi na nieznane komplikacje, jakie mogą nastąpić po takim dictum… Dzięki temu dowiaduję się jeszcze, że jest masażystką i ma dość sporo klientów. Czekam na pikantne szczegóły, ale żieńszczina wysiada na jakiejś podmiejskiej stacji.
I to jest właśnie to, co uwielbiam w podróżowaniu. Nie zwiedzanie, nie chwalenie się, ile to egzotycznych krajów zaliczyłem… Właśnie takie smaczki są solą wałęsania się po świecie. Ludzie, ludzie i jeszcze raz ludzie!!!
DA SWIJDANIA!!!
Może w Moskwie?

