Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Rzymskie Podgórze


Czytelnikom spoza Krakowa wyjaśniam: Podgórze to prawobrzeżna dzielnica Krakowa. Podobnie jak Zatybrze, które rozłożyło się po prawej stronie Tybru. Włoska nazwa tej dzielnicy  brzmi Trastevere. Jakoś długo nie mogłem się jej nauczyć we właściwym brzmieniu. Podobnie jak nazwy ulicy, przy której mieści się nasz apartament. Via Portuense 104. Po bliższym przyjrzeniu się mapie Rzymu okazało się, że  ulica Portowa zaczyna sie około 40 km od Zatybrza, w nadmorskiej miejscowości Fiumicino, w której mieści się również Port Lotniczy Leonardo da Vinci. Na mapie prezentuje się dość niepozornie, gdyż jej pokręcony, starożytny przebieg został zdominowany przez nowocześniejsze, stołeczne arterie. Cóż, moja pasja oglądania map i tu przyniosła efekty badawcze.
My jednak nie jechaliśmy Via Portuense, tylko podmiejskim pociągiem FR1, który w ciągu około pół godziny dowiózł nas na przystanek Trastevere. Zgodnie z opisem do kwatery było około 400 metrów. Na mapach Googla wyglądało to nieco inaczej, dlatego na początku nie bardzo wiedziałem, którędy iść. Ale po przyjęciu ogólnego kierunku dotarliśmy na miejsce prawie bezbłędnie. No, może minęliśmy nasz cel o około 100 metrów. Pewną nerwowość wywołał fakt, że nie bardzo mogłem odnaleźć numer 104. Był 102 i 106, ale naszego bloku ni cholery. No ładnie. Zarezerwowałem nieistniejący apartament. Teraz wypadnie nam spać pod którymś z tyberyjskich mostów. Ale stare, analogowe metody zawsze zdają egzamin. Podszedłem do grupy mam pilnujących dzieci i łamaną włoszczyzną zapytałem o numer cento quatro. Ich uśmiechy wskazywały, że „właśnie dotarłeś do celu”. Istotnie okazały apartamentowiec pysznił się za moimi plecami… Wróciłem po resztę ekipy i walizki. Zanim weszliśmy do klatki schodowej podszedł do nas sympatyczny Włoch z kartką, na której umieszczone było moje nazwisko. Pan Luigi Vincenti wskazał gestem drzwi i poprowadził przez okazały westybul, ( nie ma obawy, sprawdziłem znaczenie w wikipedii), na schody i do maleńkiej dwuosobowej windy, którą w dwóch turach wjechaliśmy nba VI pietro. Teraz jeszcze krótka lekcja posługiwania się kluczami ( chiave) i zamykania od wewnątrz drzwi. 
Wszystko prawie bez słów, ale komunikatywnie. Próbowałem przetestować skromne zasoby włoskiego słownictwa, ale po kolejnym zacięciu, gdy polała się językowa krew, zaprzestałem radosnej twórczości.
Jeszcze wymiana informacji dotycząca długości naszego pobytu, zwroty grzecznościowe – tu się nie zacinam – A rivederci, buon pomeriggio, grazie. W końcu jest się pod wpływem kultury śródziemnomorskiej od stuleci… i żadne tam amerykanizmy i anglikanizmy tego nie przyćmią.
Zostajemy sami, a właściwie z obszernym apartamentem, tak na oko z lat siedemdziesiątych. Długi korytarzyk prowadzi do położonej po prawej stronie łazienki. Po lewej są wejścia do trzech pokojów i kuchni. Całość zadbana, bez szału, ale w końcu to nie hotel. Mamy czuć się jak u siebie w domu. I tak jest. A jak zobaczyłem półki z książkami, to całkiem oszalałem. Wszystkie po włosku. Mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone, ale to mój nałóg. Bez pozwolenia przeglądnąłem zawartość biblioteczki, oczywiście każdą pozycję odkładając na swoje miejsce. Czego tu nie było! Atlasy, prawo i finanse,fotografia, antologie humorystów angielskich i francuskich. Gdybym znał włoski, to bym pewnie cały tydzień przesiedział w domu, zamiast zwiedzać szacowne ruiny.

Zresztą, owszem zdarzało się, że wieczorami przeglądałem sobie czasopisma. 
Duch zaspokojony – co dla ciała? W kuchni lodówka, kuchenka gazowa, szafki z naczyniami i sztućcami. Trzy kafetiery – rzecz we włoskiej kuchni najważniejsza. Oczywiście cedzak, zwany w Galicji durszlakiem, do przygotowania pasty. Stół i krzesła dla 4 osób. Wszystko, czego trzeba do konsumpcji. No, może przydałby się dodatkowy garnek. Ale pod koniec pobytu okazało się, że był, ale prawdopodobnie się gdzieś rozgotował :).
Zjedliśmy – to idziemy spać. W naszej sypialni jedno szerokie łoże małżeńskie, na którym będziemy odpoczywać z Patrykiem i pojedyncza leżanka dla Jurka. Sporych rozmiarów szafa, niestety udostępniona tylko część z wieszakami. Przydałyby się półki, ale rozumiem, że te właściciel pozostawił do swojej dyspozycji. Większość rzeczy pozostanie więc w walizkach, co nie stanowi żadnego problemu przy kilkudniowym pobycie. Obok łóżek stoliczki i lampki… Jest też i stanowisko do pracy twórczej – stół i krzesło. Służył mi do opracowywania planów podboju Rzymu i prowadzenia księgowości. Całość przytulna dzięki wiszącym na ścianach obrazom.
Tylko dlaczego kładziemy się spać, skoro po podróży jeszcze się nie odświeżyliśmy?. Po wejściu do łazienki od razu powiało wielowiekową cywilizacją. Jest bidet, taki sam, jaki przemycałem w latach osiemdziesiątych w pociągu z Ostrawy do Katowic. Robiłem to z moją trenerką, Panią Basią, która remontowała wtedy mieszkanie przy Karmelickiej. Był dokładnie rok 1981, kiedy w Polsce prędzej można było dochrapać się Virtuti Militari I klasy, niż kupić bidet. Zresztą to dość zrozumiałe w kraju, w którym łatwo wypina się pierś po order, a dość niechętnie tyłek do bidetu… Oprócz bidetu – szafki, umywalka i wanna w dość przyzwoitym stanie. Nie ma kabiny prysznicowej. Jeśli komuś ze względów higienicznych przeszkadza kąpiel w wannie, to zawsze może skoczyć do Term Dioklecjana, albo Karakali. Ma tam do wyboru baseny z wodą zimną, ciepłą i gorącą. Jedyny problem, jaki może napotkać, to wymiana euro na sestercje.
Razem z łazienką jest WC. Przy pełnym obłożeniu apartamentu – około 8 osób, może to powodować poranne korki. Ale nie narzekajmy, za te kwoty: od 45 Euro za pokój do 150 za za całe mieszkanie dobę w wysokim sezonie, nic sensowniejszego w podobnej lokalizacji nie znajdziemy. Tym bardziej, że okolica jest spokojna i oprócz kilku bezdomnych rodaków nic złego się tu nie dzieje. A dodatkową atrakcją jest coniedzielny pchli targ, na którym można kupić dosłownie wszystko. Ja np. nabyłem drogą kupna uniwersalny otwieracz do konserw z korkociągiem i otwieraczem do kapsli za 1 E, taki z epoki późnego Gierka. Bardzo go chciałem zabrać do domu, ale Patryk mi uświadomił, że nie przejdę przez kontrolę bezpieczeństwa na lotnisku. Z wielkim żalem zostawiłem go kolejnym mieszkańcom Via Portuense 104, klatka D.
Wyspani, wymyci, nakarmieni? To jeszcze na deser rzut oka na taras, do którego prowadzą drzwi z każdego pomieszczenia – oprócz łazienki. Jest naprawdę duży. Nie dość na tym, zaopatrzony obficie w zieleń. Od widoku na ulicę odgradza go co prawda zielona siatka, ale i tak widok nie jest specjalnie ciekawy, a jednak chroni ona od słońca. Tym bardziej, że o ile znam się na astronomii, taras ma wystawę południową…
Na zakończenie zaznaczam, że tekst nie jest sponsorowany, a piszę go z dwóch co najmniej powodów. Ponieważ lubię pisać i podróżować. A dla mnie podróżowanie to nie luksus i możliwość pochwalenia się przed znajomymi ilością hotelowych gwiazdek, ale szeroko rozumiane poznawanie świata. I mieści się w tym zarówno niedzielna wizyta na placu św. Piotra i duchowe spotkanie z Ojcem Świętym, jak i rozmowa z kloszardem, który właśnie rozściela sobie gazety… A co ważne, jak ognia unikam biur turystycznych. Bo żadne z nich nie zabierze mnie w podróż z Guliwerem do krainy liliputów.
Mogę się jedynie skusić na przewodnika. Najchętniej po Podgórzu. I będę mógł wziąć ze sobą korkociąg…

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę