W piątek Marcin zaproponował jakiś większy wyczyn kolarski – Sołtysi Dział, który ma specyficzną, aczkolwiek niecenzuralną nazwę ludową, do tego Maków Podhalański. Pętla nieco poniżej 100 km. Nie bardzo się w tym widziałem, po wczorajszym treningu dość mocno otwartym…
Ale jak trzeba, to trzeba. Mieliśmy zacząć o 15, od żony dostałem przepustkę do 19. W 4 godziny można we dwóch objechać naprawdę sporo. Z lekkim poślizgiem, bo o 15.25 Marcin pojawił się przed moim domem. Synowie akurat wychodzili na „18” sąsiada, więc każdy z nas był w swoim żywiole.
Niedługo. Już po zjeździe z Ćwikłowej zabuczała syrena Marcinowego telefonu. Ponieważ odjechałem kawałek dalej nie słyszałem rozmowy, ale wyglądała na poważną. Rzeczywiście jakaś awaria internetu wymagała pilnej interwencji mojego towarzysza. Wykluczało go to z pierwszej w tym roku wspólnej jazdy. Żal, ale cóż – siła wyższa.
A musicie wiedzieć, że Marcina poznałem przypadkiem w Rącznej, przejechaliśmy kawałek razem – ja na moim krosowym Scocie, on na kultowej Orbei z kołami 29″. No i tak się zaczęła nasza znajomość. Potem były wspólne treningi, wycieczki, starty w różnych zawodach.
Ostatnie dwa lata nasza aktywność zmalała, bo Marcinowi urodziła się córeczka, a moi synowie weszli w wiek dojrzewania. I mam wrażenie, że wymagają dużo większej opieki niż niejeden osesek…
Rozstaliśmy się z żalem, a ja wywołany do kolarskiej odpowiedzi nie miałem już sumienia wracać do domu.
Włączyłem endomondo, żeby móc przedstawić dowody mojej aktywności. Teraz jakoś tak się uzależniłem, że bez rejestracji śladu, pomiaru prędkości, tętna etc, etc czuje podskórny niepokój o sens treningu…
Samotnie i bez spiny
Sam nie miałem absolutnie ochoty wspinać się po górkach, więc wybrałem wariant klasyczny – Kalwaria Zebrzydowska przez Wolę Radziszowską. Z małym odchyleniem w Zarzycach Wielkich.
Dlaczego? Zaraz opowiem…
Początek nudny – ścieżka na Kolną ( pod wiatr, a jakże), przystań w Tyńcu, podjazd Bogucianką. Po drugiej stronie objazd, ale mój ciekawski duch popchnął mnie w kierunku zamkniętej drogi. Najpierw widzę świeży asfalt, potem jakieś rondo, a potem coś w rodzaju wiaduktu. Rety! Co tu się porobiło. Pytam przygodnego przechodnia o co chodzi. Otóż chodzi o obwodnicę Skawiny, która ten cichy jeszcze zakątek włączy do motoryzacyjnego piekła. Przejeżdżam boczkiem, chyłkiem wysypanym żwirem, udostępnionym na wale mini-objazdem, topiąc przy okazji mego wytwornego buta szosowego marki Sidi w płytkim błotku.
Sprawdzam licznik – wskazówka odległościomierza zatrzymała się na zerze. Inwestycje drogowe inwestycjami, ale chyba jeszcze Kraków i Skawina nie zbliżyły się tak znacznie do siebie. Uruchamiam po raz drugi „endziaka” i ruszam w kolejny etap wycieczki.
Obok zakładów spożywczych jakieś roboty, zwężenie drogi. Rozpędzony TIR ani nie ma zamiaru mnie przepuścić. Spycha mnie na pobocze, a ja tylko bezsilnie macham pięścią przed szoferką…Karbon przeciw masie żelastwa? Człowieku – nie irytuj się.
Trochę błądzę
Znowu zauważam, że przybyło gładkich asfaltów. Praktycznie dopiero za podjazdem w Woli Radziszowskiej zaczyna się więcej nierówności. To oczywiście eufemizm, bo kierownicą trzęsie niemożebnie. Do Leńcz docieram w dobrej formie. Tu zwykle wrześniowa pielgrzymka rowerowa do Kalwarii kieruje się do Przytkowic. W tym roku wpadłem na pomysł, żeby poprowadzić ją nieco inaczej – i właśnie eksploracja nowego odcinka jest dzisiaj moim głównym celem.
Przejeżdżam przez tory, by po kilkuset metrach, w Zarzycach Wielkich, skonsultować moje położenie z AutoMapą. Narada wypada blado, program uparcie kieruje mnie w stronę głównej szosy, ignorując lokalne drogi.
W tej sytuacji stosuję zwykle pradawną metodę „koniec języka za przewodnika”. Zdaje ona zawsze egzamin, chociaż czasem po wyciągnięciu średniej ze wskazówek kilku tubylców.
Tym razem jest to tubylka na rowerze. Instruuje mnie, że zaraz w prawo, a potem przy krzyżu w lewo. Rzeczywiście tak jest. Po „w prawo” dość ostro jadę pod górę. Osiągam krzyż i już zupełnie wąziutką asfaltową drogą jadę miedzy malowniczymi łąkami. Roztacza się stąd piękny widok na charakterystyczny kościół w Leńczach:
Za chwilę szaleńczy zjazd i kolejny, tym razem mniejszy podjazd. Po drodze jest kilka innych asfaltowych dróżek, ale moja dość wyraźnie wiedzie mnie w kierunku płd-zach. Na kolejnym grzbiecie ukazuje mi się z oddali klasztor w Kalwarii. Mimo, że minęły mnie dwa, trzy samochody, czuję się jak prawdziwy odkrywca. Utwierdza mnie w tym lekki niepokój, czy aby na pewno dobrze jadę.
U celu!
Dobrze!Bingo! jest nowa droga do Kalwarii. Piękna! Zaprawdę, powiadam Wam…
Zjeżdżam w dolinę. Zupełnie nieromantycznie, między domami dojeżdżam do mojego celu:
Znaną sobie ulicą Dworcową docieram do Zebrzydowic, aby po odcinku bocznej drogi wyjechać na główną Kalwaria-Skawina.
Tu niesie mnie jak na skrzydłach mocny wiatr w plecy. Jeszcze ostatnia poważna przeszkoda – podjazd w Przytkowicach o 10% nachyleniu – a dalej praktycznie z górki na górkę. W Grabiu mijam lokalną uśmiechnięta rowerzystkę, a potem już tylko co rower wyskoczy do Skawiny. Po drodze jeszcze jakiś niecierpliwy kierowiec straszy mnie klaksonem. Już mu nie wygrażam, niech się chłop cieszy, że mnie nastraszył.
Przelatuję jeszcze
nad torami kolejowymi, autostradą i docieram do Skotnik. Kończy się gehenna jazdy ruchliwą szosą. Z górki na pazurki do Tynieckiej i około 18.40 melduję sie w pustym domu.
Zerkam na licznik? Pięknie – pokazuje 23 km, czyli mniej więcej 1/3 całej trasy. Coś się znowu pokitwasiło. Jestem zły, ale szybko mi przechodzi – kurcze przecież chodzi o to co po drodze przeżyłem i zobaczyłem, a nie o suche liczby. Więc cały ten zapis skasowałem.
To chyba jest już uzależnienie od gadżetów, bez tego trudno nam żyć.
Marcin napisał, że awarie spowodował wirus, który zablokował łączność z DNS-em przez wi-fi. Może coś przekręciłem, w każdym razie w zestawieniu z moim endomondo materia po raz kolejny udowodniła, że jest w jakiś szczególny sposób złośliwie ożywiona.
Cóż, wypada poczekać, co Marcin zaproponuje w sobotę…





