Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Żar na farcie

Żar na farcie
DOBRY ŻAR-T POSTA WART
 
Wieczorkiem napisałem do Marcina:
Wybierasz się gdzieś na rower?
Tak, planuję pętlę na Górę Żar.
Zdębiałem. To pod Żywcem. Trzeba dojechać i wrócić. Bagatelka – jakieś 180 km.
Przypominam – na rowerze…
Podświadomość jednak działała bez zarzutu. Planowaliśmy jakiś wyjazd we dwóch. Mam w piątek więcej luzu – dlaczego nie. Marcin planuje powrót na 14-15. Oczywiście to nierealne. Przy 25 km/h taka wyprawa musi potrwać minimum 7 godzin. Plus postoje. Czyli 8. Czyli jeśli wyjedziemy o 9 rano, to wrócimy na 17.
Hm… Dlaczego nie. W sumie sezon dziwny, zdominowany przez rolki. Prognoza pogody korzystna, zawsze można zawrócić w razie draki.
To o 8.30 pod pawilonem na Tynieckiej. 
Żelazne miejsce zbiórek od kilku lat :). Chociaż pawilon od dłuższego czasu nieczynny.
Jestem nieco wcześniej. W kieszeniach telefon, papierowa mapa (jednak). Za chwilę nadciąga Marcin w „uniformie” I-sportu. Ni stąd ni zowąd pojawia się Paweł, który zaliczył z nami kilka startów w Road Maratonie. Wymieniamy kilka zdań i nie tracąc cennego czasu wyruszamy w bój. Byle nie nasz ostatni.
 
 
„WYSZŁEM” NA ROWER ŻAR-AZ WRACAM
 
Wiatr w plecy bardzo pomaga, prędkość oscyluje w granicach 35 – 36 km/h. Jak nie zmieni kierunku, to powrót nie będzie  najłatwiejszy…
Do Skawiny klasyczną drogą przez Tyniec, potem obok elektrociepłowni wyjeżdżamy na drogę 44.  Za Brzeźnicą krótki popas – uzupełnienie kalorii niezbędnych do dalszej jazdy.
Potem skręt na piękny, widokowy odcinek prowadzący do Wadowic. Jedzie się nam świetnie, ale gdzieś tam w mojej głowie siedzi wątpliwość – przecież tyle nie przejadę.  Moje myślenie na skróty wyszukuje sposoby na w miarę komfortowy powrót do Krakowa.
Usprawiedliwiam to dość marnym sezonem kolarskim.
Spory kawałek ( około 2 km) drogi w Tomicach jest w remoncie. Tłuczemy się wysypaną grysem jezdnią, mijając maszyny budowlane. Aż żal patrzeć na nasze sterane opony. Ja klnę jak szewc – nie bez racji – bo o robotach drogowych nigdzie ni słowa. Wiemy, że wracać tędy nie można.To implikuje dalszą logistykę naszej wycieczki.
Dojeżdżamy do obwodnicy Wadowic. Tu czeka nas nieprzyjemny – dwunastokilometrowy odcinek zatłoczonej, krajowej 52. Lepiej tego nie komentować…
Zabudowania Andrychowa wywołują w nas uczucie ulgi. Przejeżdżamy przez miasto, potem skręt na Czaniec. Uff. Znowu natężenie ruchu mocno spada. Lekki podjazd – i pierwsza wątpliwość. GPS Marcina kieruje nas na wprost, ale nie za bardzo w kierunku Czańca. Ja swoim starym zwyczajem rozpytuje miejscowych. Radzą jechać inaczej. Marcin mi ucieka – jest dość daleko, więc zamiast się wydzierać macham mu ręką.
Zawraca i podążamy polecaną przez miejscowych trasą.
Mamy za sobą 64 km i jesteśmy w dolinie Soły. Od jakiegoś czasu widać mojego przyszłego oprawcę – czyli Żar. Wznosi się nad nami dość wysoko, a ja kompletnie nie wiem, ile jest tego podjazdu i jakie przewyższenie. Kolarska randka w ciemno.
Kolejny kłopot to zablokowany przejazd przez most w Czernichowie. Usiłujemy się przecisnąć, niczym przez pilnie strzeżoną granicę, ale świeżo wylany beton całkowicie to uniemożliwia. Objazd – do nadłożenia około 6 km. Powoli wymiękamy. Jesteśmy prawie u celu, a tu kolejna przeszkoda. W tym momencie moje morale spada jak za duże majtki z oseska. Nawet jestem gotowy zawrócić…
Na szczęście po 2 kilometrach pojawia się zbawienie, czyli piesza kładka. Morale minimalnie rośnie…
 
PO-ŻAR MIĘŚNI
Zupełnie jak wartość procentowa nachylenia na moim liczniku – najpierw jest 2%, przy 20 robi mi się niedobrze, kolana przesuwają się w okolice pośladków, a zadek lokuje się w mózgu. A gdzie mózg? Wygląda na to, że został w Krakowie.
 Już na pierwszym wzniesieniu widzę oddalające się plecy Marcina. Nie gonię go za wszelką cenę, bo w perspektywie powrót do Krakowa, między innymi w celu odzyskania mózgu…
 Za nami 80 km. Wysokość 333 m npm.
No to jadę. Daje się odczuć spory upał, może to góra emanuje jakimś dodatkowym żarem. Słońce świeci wprost na stronę, którą podjeżdżam.
Nie podejmuję opisać szczegółowo i chronologicznie myśli, które przelatywały mi przez głowę w trakcie tej wspinaczki. Majaczenia dotyczyły głównie stacji PKP w Suchej i rozkładu pociągów. Chyba tylko ta myśl pchała mnie do góry poprzez kolejne serpentyny i 21% nachylenia odcinków drogi.
Nie powiem. Ładnie było. Za każdym zakrętem roztaczał się coraz szerszy krajobraz.  Od stacji kolejki ruch samochodowy praktycznie ustał. Czym wyżej tym trudniej. Myślę sobie – napiszę do Marcina sms – czekam na podjeździe, spotkamy się, gdy będziesz wracał. 
Nie napiszę – wyjadę. Może to już za następnym zakrętem. Ale las wciąż gęsty… Pcham się do góry naprawdę dość wolno, ale się pcham. Wreszcie na którejś prostej wyziera kawałek łysej łąki. To chyba już. Po jakiś 40 minutach. 
Z lasu wyjeżdża kolarz na MTB. Przyjechał z Tychów – zaledwie 73 km. Macie gdzieś może kamizelki z długimi rękawami? Dla popieprzonych szaleńców na dwóch kółkach.
 
SZCZYT PO-ŻAR-TY
Na szczycie fiesta – zdjęcia, ludzie z papierosami i z piwem, ogólna radość. Czuję się jak mój kolega, który opłynął kajakiem Nordkap, wylazł po skałach do góry, a tam… parking pełen autobusów z turystami!
Piękne słońce! Widoki trochę zamglone, ale natura obdarowała nas fantastyczną nagrodą za nasz trud.
Marcin kupuje frytki, ja skubię od niego ze dwie. Napawamy się widokami i rozważamy problem powrotu. Jeśli Żar porównać do Bieguna Południowego, to bardziej odpowiada nam wariant Amundsena niż Scotta. 
Dlaczego? Proszę sięgnąć do źródeł…
W Czernichowie dokupujemy picie i batony. Chwilę odpoczywamy po zjeździe, który też był męczący. Podczas postoju głosuję na wariant suski. W Suchej jest stacja PKP.  To około 30 km, a potem 50 do Krakowa. Da się przeżyć. Niekoniecznie. Droga Żywiec-Sucha Beskidzka jest pofalowana ja Bałtyk podczas sztormu. Interwały po 100 km jazdy? Proszę Was… 
POWRÓT Z ŻAR-EN
Znowu zyskujemy wysokość. Z naszego punktu widzenia zysk problematyczny… Dopiero na profilu trasy zobaczyłem, jakie zęby szczerzy na nas droga nr 946. Ruch dość spory, ale asfalt jakościowo niezły. Mijamy Gilowice,  Kocoń – najwyższy punkt tego odcinka – 558 m. npm. Ten fragment kosztował mnie sporo sił. Teraz już przez Stryszawę zjazd do Suchej.  
Znowu remont, sznur aut przedziera się przez świeżo wyfrezowaną nawierzchnię, poboczem i chodnikiem przemykamy w stronę centrum.
Przy stacji PKP doznaję amoku. Zatrzymuję Marcina i mówię:
– Idę sprawdzić rozkład. Wracam pociągiem!
Nie wierzy mi. Jestem zdecydowany. Ale on łagodnie perswaduje mi ten pomysł. Przecież to już niedaleko. I w sumie same zjazdy. No może oprócz przełęczy Sanguszki między Zembrzycami a Sułkowicami.
Poddaję się. Jadę dalej. Ostrzegam, że jak padnę, będzie mnie zeskrobywał żyletką z asfaltu. 
Okazuje się, że nawet nie jest źle. Daję rzadsze i krótsze zmiany, ale jednak daję. Przynosi mi to ogromną radość. Że nie jestem do bani, że kolarski żar się we mnie nie wypalił. 
Oczywiście. Podjazdy mnie stopują. Ale spodziewany kryzys nie nadchodzi. Toczymy się w stronę Skawiny. Od Zembrzyc tereny znane, jedzie się jakoś lepiej. Od wioski do wioski. Budzów, Buków, Palcza, Przełęcz, Harbutowice…
Wiatr, wcześniej wytłumiony górami, teraz bardziej daje znać o sobie. Chowam się za wysoką sylwetkę Marcina. 
Z Krzywaczki jeszcze jakieś 20 km. Tą trasę jechaliśmy dziesiątki razy. Jest dobrze. Tym bardziej, że telefon jeszcze nie padł, więc jest szansa na zarejestrowanie śladu w całości.
W Skawinie – to jakiś 170 km w nogach- jestem porządnie zmęczony. Bidon prawie suchy. Bardziej niż w Suchej. Bez kitu… W dodatku sznur samochodów utrudnia poruszanie się. Znowu poboczem, unikając kamieni i dziur.
Ostatni większy wysiłek – podjazd do Skotnik. Przy Mochnańcu rozstajemy się. Dziękujemy sobie za wspólną wycieczkę, którą mimo trudności i zmęczenia  zaliczamy do udanych. 
Tak jak przewidywał Marcin w domu jestem przed 17. 
Rozmawiam chwilę z Jankiem, gotuję jakieś kupne pierogi, a potem na godzinę zasypiam. 
Bo czuję się, jakby mnie przemielili przez żarna.
A wieczorem Marcin napisał do mnie:
– Trzeba 200 zrobić kiedyś.

 

KILKA DANYCH
Przejechałem 184 km. Czas jazdy to 7h 15 minut. Suma podjazdów: 2078 m. Średnia prędkość jazdy 25,5 km/h. Kilka osobistych rekordów na tzw. segmentach, czyli odcinkach rejestrowanych za pomocą aplikacji Strava.
Zjadłem 6 batonów, wypiłem 3 litry wody i soków. I pół kilograma makaronu przed i po wycieczce…

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę