Tak się złożyło, że 14 września los rzucił nas w okolice Skarżyska-Kamiennej. Droga krajowa 7 szybko i pewnie zaprowadziła nas do Kielc. Przed naszym celem postój w Łącznej, która jest od pewnego czasu naszym stałym pit-stopem.
Tym razem czekało na nas spore towarzystwo, trochę sztywne, ale liczne:
Trudno było rozpoznać poszczególne postacie. Podszedłem więc, by przyjrzeć im się z bliska:
Najwyraźniej zapędzili się tutaj aż z gór. Zbójnicy z ciupagami, w czapie czerwonej herszt Janosik. Gotówki miałem mało, ciekawe czy akceptują karty płatnicze. Ale skoro rabują bogatych, a rozdają biednym, to mnie raczej powinno coś skapnąć. Jak znalazł na paliwo i kawę na Orlenie. Byli jeszcze i inni:
Skromniej odziani, wyglądali na pasterzy. Ale dlaczego paśli tylko jedną krowę?
Kolejny właśnie wyszedł z lasu i zaoferował mi grzyby:
Chłop jak dąb, jeno nóżki przykrótkie. Ale może i to zaleta dla zbieracza runa leśnego. Wyjął z kieszeni machorkę i zakurzył. Woń tytoniu zmieszana z zapachem grzybów dała niesamowity efekt.
Chcieliśmy pogadać dłużej, ale tymczasem nadeszli następni:
No, na psie kły, to ja nie jestem chętny. A tym bardziej na rozpuszczony język gaździnki. Raczej w tył zwrot i do samochodu. A po drodze jeszcze zaproszenie na piwo z beczki:
Może innym razem. Prowadzę samochód 🙂
” To nic tu po Tobie” – zdenerwował się Janosik. Jedź w swoją stronę. My górale do abstynentów zaufania nie mamy…
I z szyderczym uśmiechem ucapił za ciupaskę!
| Hej, bystra woda, bystra wodiczka |
|
|
| Pytało dziwce ło Janicka |
|
|
| Hej, lesie ciemny, wirsku zielony |
|
|
| Ka mój Janicek umileny |
|
|
| |
| Hej, mój Janicku, miły Janicku |
| Nie chodź po orawskim chodnicku |
| Hej, dość to zaś nie nagnał łowieczek |
| Ostań psy dziewcynie kolwiece |
| Hej, powiadali, hej, powiadali |
| Hej, ze Janicka porubali |
| Hej, porubały go Orawiany |
| Hej, za owiecki, za barany |
| |
|
Tak to zostałem wygnany z popasu bezpardonowo. Zapakowałem resztę towarzystwa i zwiałem gdzie pieprz rośnie…
Na drogę pobłogosławili mi jeszcze patron kierowców św. Krzysztof i Jan Paweł II, włóczęga kajakowy, narciarski
i duchowy…
Żeby odetchnąć po wrażeniach z drewnianymi rzeźbami zatrzymaliśmy się na granicy Wąchocka i Marcinkowa, lub Michałowa – już nie pamiętam. To widok spod drewnianej wiaty ze stołem i ławami. Sąsiednią zajmowali tubylcy, którzy grilowali, łowili ryby i słuchali radia samochodowego.
Podjedliśmy co nieco, popiliśmy – wody i Ice Tea i ruszyliśmy dalej podziwiać skarby ziemi kieleckiej.
I faktycznie było co!
Zalew Wąchocki:
W naturze wyglądał dużo ładniej. A zupełnie zaskoczyło nas jego otoczenie:
1. Skate park z różnościowymi różnościami, gdyby ktoś chciał sobie połamać gratis gnaty:

Produkowali się tutaj hulajnogowcy,
rolkowcy, ale akurat skatera nie było ani jednego, więc dodałem od siebie jednego ziomala…
2. Oczywiście jest i plac zabaw:
3. To nie koniec atrakcji. Blisko wody kilka stanowisk do ćwiczeń. Patryk z Jankiem zakosztowali tej niecodziennej siłowni:
Oddaliśmy cesarzowi co cesarskie, teraz czekała nas suma w miejscowym kościele zespołu klasztornego Cystersów. Z dala już widać było charakterystyczną, pasiastą sylwetkę cysterskich zabudowań.:
Zdjęcie zrobiłem en face, więc nie oddaje ono wrażenia, jakie zrobiły na mnie kościelne mury. Wzdłuż ogrodzenia okalającego posiadłości braci liczne klepsydry, w dużej części poświęcone poległym mieszkańcom tej ziemi.
Na chodniku widać już jesienne liście, ale cały czas towarzyszyła nam słoneczna, ciepła pogoda.
Po mszy przespacerowaliśmy się jeszcze wzdłuż wystawy z archiwalnymi zdjęciami,
a na dziedzińcu spotkaliśmy skorego do pieszczot kotka:
Rowerzyści są wszędzie. Tym razem była to pielgrzymka, która do Wąchocka dotarła aż z położonego około 60 km Zwolenia:
Czas ucieka nieubłaganie. Żegnamy Wąchock, który naprawdę bardzo nam się spodobał i przez Starachowice – brzydkie
i nieciekawe, Mirów powracamy do Skarżyska.
W restauracji-pizzeri „Viva” jemy obfity obiad. Spotyka nas mała przygoda, kelnerka zapomina podać przed drugim daniem zupę. Trochę się zmieszała, jak o tym powiedziałem, ale na przeprosiny dostaliśmy dwie dodatkowe porcje pysznej szarlotki.
Po obiedzie wizyta w Rejowie, czymś w rodzaju krakowskiego Kryspinowa. Z możliwością kąpieli, gry w koszykówkę, placem zabaw i ścieżką rowerową.
Przez listowie przeziera już późne słońce, co oznacza, że pora wracać do domu.
Udany dzień. Potwierdza moje zdanie, że w Polsce na każdym kroku można spotkać ciekawe zakątki warte zwiedzenia
i sfotografowania.
I jeszcze jedna obserwacja: dużo szybciej zmieniają się małe miasta, gdzie burmistrza lub wójta zna każdy i w razie czego może mu osobiście wytknąć błąd. Dlatego zarządzanie jest efektywniejsze. No bo jeśli ja od kilku lat nie mogę się porozumieć z radnymi dzielnicy, to jak mam wpływać na właściwe decyzje Prezydenta miasta?
 |
| Taki zakątek wynalazłem w Rejowie nad jeziorem. |
Dodaj do ulubionych:
Lubię Wczytywanie…
Related