Na Andrzejkach nie byłem, ale wróżbę wymyśliłem. Bardziej nowoczesną niż woskową. Właściwie bardziej wojskową niż woskową. Bo wszedłem na wagę – zupełnie jak w komisji dla rekrutów. No i z wagi tejże zszedłem zważony nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Co prawda nie wyświetlił się komunikat; „Proszę się ważyć pojedynczo”, ale i tak mój ciężar mocno mnie zaskoczył. Bez zbędnych szczegółów napiszę, że było to o 3 kilogramy więcej niż miałem od zawsze. Czyli odkąd zacząłem intensywnie śmigać na rowerze i rolkach.
Wiadomość o mojej wadze żona przyjęła spokojnie. Ona i tak zawsze uważa, że jestem za chudy, a wręcz porównuje mnie do kościotrupa.
Chcecie poznać moje zdanie.
Po prostu się zapuściłem. Głównie w czeluście różnych kredensów i szaf, gdzie ukryte są łakocie w postaci czekolad, biszkoptów i batoników. A dalej sami wiecie co się dzieje. Nie nadążam z ukrywaniem pustych papierków.
Nic to – powiedziałem sobie. Do zobowiązań noworocznych jeszcze miesiąc, ale zacznę od dzisiaj. Ćwiczenia, ćwiczenia i jeszcze raz ćwiczenia. A ponadto w miarę możliwości pogodowych rower – najchętniej szosowy.
W poniedziałek wieczorem skłony, przysiady, tabaty, pompki i brzuszki. Po północy, żeby nie rzucać się w oczy rodzinie. Bo nienormalny kościotrup nadaje się tylko do horrorów.
Rano to samo. Samotna walka z nadwagą. skłony, przysiady, tabaty, pompki i brzuszki.
Tylko jak ocenić pogodę. -3 st., wschodni wiatr 22 km/h.
Wywlokłem zimowe ciuch z szafy, w której po słodyczach pozostały jedynie okruszki, okutałem się termoizolacyjnie na maksa. Dwie pary skarpetek do lakierek SIDI, czapka pod kask, tylko okulary się gdzieś zapodziały.
Endo uruchomione, Garmin włączony – musi się udać!
Kierunek wschód, żeby sobie zapewnić komfortowy powrót. Piździ jak sto pięćdziesiąt, kierowcy spode łba patrzą na idiotę w czarnym wdzianku.
Ale się pcha jakoś. Nie za szybko, bo Cannondale zadyszki dostanie, długo w garażu stał. Opaska HR z sygnałem się przebić nie może, więc nie znam na bieżąco tętna. Będzie trzeba stan przedzawałowy na oko ocenić.
Dojeżdżam pod Wawel, sprawdzam czy Endo zalicza kilometry. Nie – odliczanie do startu zatrzymało się na 15. Pewnie skubany wyczuł wiatr i zastrajkował. Ukradła mi cholera 4 km… Włączam ponownie i teraz mierzy.
Na wysokości Galerii Kazimierz wyprzedzam właścicielkę zgrabnych nóg w wysokich kozaczkach z krótkimi włosami, która szybkim krokiem spaceruje pieszą częścią bulwaru. Na moment podnosi mi się temperatura, postanawiam jednak kontynuować trening nie tracąc czasu na zagadywanie. Dojeżdżam w okolice Plazy i zawracam. Ponownie spotykam zgrabne nogi, ale niesiony wiatrem nie daje rady przyhamować 🙂
Chwila kalkulacjj – czy posuwać się w stronę Rybitw, gdzie wygodna ścieżka poprzegradzana jest często światłami, czy też klasycznie wiślanym bulwarem sunąć do Piekar. Wariant drugi jest szybszy, wymaga przejechania tylko kilkuset metrów drogą. Jedzie się nieźle, pogoda wystraszyła prawie wszystkich rowerzystów. Spotykam kilkoro biegaczy, dwie lub trzy osoby z kijami.
Do tej pory mój ubiór się sprawdza – nie przegrzewam się, jedynie miejscowo jest mi zimno w palce u rąk.
W tylnej kieszeni kurtki wiozę aparat, wypada więc zrobić kilka fotek – oczywiście selfie. Sprawdzoną metodą kładę Sonego na murku, kadruje pi razy drzwi i szybciutko uciekam. Samowyzwalacz jest nastawiony na 10 sek. Za pierwszym razem odjeżdżam i po nawrotce nie zdążam się wpiąć w zatrzaski.
Druga próba lepsza. Wypełniam plan po właściwej stronie, zostawiając miejsce dla bardziej interesującego krajobrazu.
Nadal pusto.
Zbliża się południe, bielański klasztor Kamedułów daje o tym znać doniosłym dźwiękiem kościelnych dzwonów.
W okolicy kładki przez Wisłę zaskoczenie – ścieżka rowerowa zamknięta, a na jezdni trwają pracę adaptacyjne przy wyjeździe ze stacji BP.
Drugie zaskoczenie – skute lodem większe i mniejsze kałuże. Czyli jesteśmy w okolicach zera…
Podczas przeprawy przez Wisłę omal mnie nie zwiewa do śluzy. Powrót zapowiada się ciekawie.
Tym bardziej, że na wybojach spada mi łańcuch. Przy tym wietrze drobna naprawa staje się problemem.
Powrót do Pychowic to próba utrzymania dwóch parametrów: aerodynamicznej sylwetki i prostego toru jazdy. Na szczęście jestem na tyle rozgrzany, że pedałuje miarowo, utrzymując kadencje na poziomie 70-72 obrotów. 30 km w zasięgu ręki. Plan wykonany.
Tylko po zdjęciu butów przez pewien czas cierpną mi palce.
Poza tym jest super. Po raz kolejny rower zastępuje mi różowe okulary i poprawia nastrój.
No i zbija nadwagę!!!
Mimo wątpliwości sceptyków…