Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Z cyklu o bicyklu

Wczoraj zrobiłem inspekcje ścieżek rowerowych na wschód od mojej kwatery głównej. Czyli Pychowic. Zapuściłem się za M-1.
Ostatnio w ogóle zapuszczam się. Psychicznie i fizycznie. Mało czytam, a jeśli już, to nierozumnie. Przeczytam i zapomnę. Ale tak jest taniej. Bo nie musze kupować dużo książek. Czytam wciąż jedną i tą samą. Tak jest z „Wiekiem propagandy” Aronsona i Pratkinsa. Od 6 lat do niej sięgam i wciąż mnie zaskakuje. Tyle tam różnych technik perswazji, na które jesteśmy narażeni.
Sprzedawcy, telewizja, billboardy, domokrążcy – wszyscy chcą nas upupić. I przeważnie im się to udaje, mimo, że gorąco zaprzeczamy.
Tak, tak, jesteśmy bardzo podatni na techniki oparte na psychologii. Nie recenzuje książki, bo jest tak dobra, że moja opinia nie ma o niej zupełnie znaczenia 🙂
Wracam na rower. 
Nie wiało już tak mocno jak we wtorek. Ale nadal ze wschodu. Było tak samo zimno. Szukając bieguna tego zimna odkryłem po drodze, że dziurawy kawałek ścieżki w okolicach Dąbia został wyasfaltowany. Druga niespodzianka przy al. Pokoju – potworne dziury na chodnika na mostku nad Białuchą przemieniły się w równiusieńki asfalt. Boże, gdyby tak wybory odbywały się rokrocznie.
Arena stała na swoim miejscu, więc pożeglowałem mordewindem w kierunku najbliższego ronda. Uznałem, że dalej na wschód jechać nie ma sensu, gdyż i tak cywilizacja kończy się w tym miejscu.
Żeby „dorobić” sobie kilka kilometrów zrobiłem rundę honorową wokół Areny, a potem jeszcze uczciłem ulicę Lema uroczystym przejazdem tam i z powrotem. Jedyną wstęgą, którą napotkałem była wstęga kataru. Brrr…
Tym razem miałem wiatr lekko z boku i w plecy, czyli najkorzystniejszy dla żeglarza baksztag. Pewnie dzięki temu pobiłem kilka osobistych rekordów prędkości przejazdu.  Spacerek zakończyłem około południa.
Audyt wypadł nieźle – ścieżek przybywa, a ponadto poprawia się ich jakość. Właściwie do Carrefoura mógłbym już dojechać nie hańbiąc kół roweru jezdnią 🙂
Dzisiaj kolejna wycieczka, w oficjalnej nomenklaturze zwana treningiem.
Ponieważ dołączyłem do rywalizacji w Endomondo zatytułowanej „Most km in December” musiałem przejechać około 40 km, żeby awansować do pierwszej dwusetki.. Drugi cel – to utrzymanie podobnej jak poprzednio średniej przy niższym średnim tętnie. 
Nie chciałem już krążyć wokół Areny, bo do cyrku się i bez tego nadaję, ale wybrałem sobie ciekawski wariant – Plaza, nawrót, Kolna, podjazd w Tyńcu Bogucianką – nawrót, Tyniecką do Kostrza, a potem kawalątek w stronę Skotnik. Tak, aby „dobić sobie” do pół setki.
Jak postanowiłem – tak zrobiłem. chociaż dzisiaj jakoś nie bardzo miałem melodii do jazdy. Walka wewnętrzna toczyła się jakiś czas. Ale wątpliwości zniknęły, gdy wskoczyłem w kolarskie ciuchy. 
Wydarzeniem dnia było spotkanie Marcina, który wracał z trasy do Niepołomic. Miał na liczniku 50, ja zaledwie 10 km. Spora dysproporcja.
Pogadaliśmy chwilkę i każdy ruszył w swoją stronę. 
Słoneczko przyświecało, temp. około 0 st C.
Do planu dołączyłem 5 kółek na Kolnej, tak, żeby po raz kolejny uczcić tę niezwykła nazwę. Każde kółko to kilometr. Pytanie dla gimbazy – ile kilometrów przejechałem. 
Zadanie rozwiązane – jedziemy dalej. Wszystko zgodne z planem. Chociaż nie. Byłem tak zaaferowany zaplanowanym dystansem, że wpadłbym w samochód, a potem w różową rowerzystkę z pomponami.
Pod koniec trochę mi brakowało wody i to pewnie wywołało małe osłabienie na ostatnim podjeździe. Ale pół setki zrobiłem. A teraz dokończę drugą… Też w ramach inspekcji. 
Barku.

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę