Wiecie Państwo co to: „selfie”? To zdjęcie samego siebie zrobione smartfonem, najlepiej w jakiejś nietypowej sytuacji. Oczywiście „selfie” nie może powstać samo dla siebie. Konieczna jest publikacja na portalu społecznościowym z zamiarem uzyskania jak największej ilości „lajków” oraz jak najbardziej pochlebnych komentarzy, z których określenie „słit focia” należy do najłagodniejszych. Fotografia niekoniecznie musi zawierać jakieś wartości estetyczne. Ważny jest ładunek emocjonalny i przekonanie, że moje „selfie”jest sto razy lepsze od tego, który zrobił(a) sobie kolega ( lub – żanka) z gimbazy.
Dla osób nieco starszego pokolenia, które zdjęcia portretowe zamawiały sobie w zakładzie fotograficznym, a w najlepszym wypadku robiły ze statywu lub stabilnej podstawki z użyciem samowyzwalacza, taki sposób autoekspresji trudny jest do zaakceptowania. Żmudny proces retuszu powodował, że co prawda czas od zrobienia zdjęcia do otrzymania odbitki był dość długi, ale efekt artystyczny z reguły rekompensował oczekiwanie.
Niewielka odległość smartfona od „modela” powoduje, że z reguły delikwent prezentuje się w zdeformowanej perspektywie, z nadmiernie wyeksponowanym nosem lub ustami. Nikogo to jednak nie powstrzymuje od pospiesznego pstrykania „selfie”. Czym szybciej zaistniejemy w sieci, tym lepiej. Liczy się szybkość, ilość, ale na pewno nie jakość.
Przecież zdjęcia potrafi robić teraz każdy, podobnie jak filmować, pisać książki, śpiewać, tańczyć. I co ciekawe, jest przekonany, że robi to dobrze. Jedynymi jurorami są „lajkarze”. Nie mylić
z lalkarzami. Kukiełkowymi.
Podobnie o umiejętności rządzenia przekonani są posłowie. Nie napiszę „nasi”, bo zapewne każdy z Czytelników daje lajka swojemu przedstawicielowi, o ile ten dostał się na Wiejską. Tylko niestety wielu z nich traktuję służbę sejmową jak owo opisywane przeze mnie produkowanie „selfie”. Bezmyślnie, deformując własne przekonania wyciąga rękę na maksymalna odległość
i pstryk: „słit focia” gotowa. Dyscyplina klubowa utrzymana, szef da lajka, a może i jakaś ciepła posadka się znajdzie. Co z tego, że uszy wyszły mocno odstające, a nos dłuuugi jak u Pinokia. W dodatku cera jakaś taka ziemista, jakby przez nią zielone z wściekłości sumienie próbowało walczyć o swoje istnienie. E tam! Sumienia nie widać – za mała rozdzielczość! Obiektywik w smartfoniku mały, to i obiektywizmu u posła jak na lekarstwo!
Hmm. Ciekawe czy nasi radni w dzielnicy też lubią „selfie”? Co mi zależy, podejdę na sesję, to się przekonam. Na wszelki wypadek wezmę wizytówki.
Do atelier fotograficznego. Bo nic tak nie poprawia wizerunku jak pełne oświetlenie. I trudniej ukryć braki. Sumienia.
O czym donosi głęboko przekonany
społecznościowo niedolajkowany
Przemysław Józefczyk
