Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Uliczne Delhirium!

 

Ruch uliczny w New Delhi.

Co najmniej tak fascynujący i zagmatwany jak labirynt stworzony przez króla Minosa na Krecie.  
I tak samo niebezpieczny, co prawda bez czyhającego na ofiary Minotaura, ale wypełniony wielką ilością świętych krów leżących na ulicach miasta.
To osobny temat, szeroki i rwący, jak rzeka pojazdów przetaczających się każdej doby po stolicy Indii. Temat wyłącznie dla osób pełnych temperamentu, które świetnie poczują się wśród ryku klaksonów, pisku opon i niewiarygodnego nagromadzenia wszelkiej maści koni mechanicznych. Nierzadko uzupełnianych klasycznymi rikszami napędzanymi przez Hindusów o wyrzeźbionych przez wysiłek pośladkach.
Jeśli dodacie do tego pasażerów nienawykłych do ruchu lewostronnego, w panice kulących się przed lawiną aut nadjeżdżających z przeciwka, to macie zaledwie namiastkę tego, czym jest stołeczny ruch uliczny.
Słowami najczęściej powtarzanymi przez nas podczas jazdy, nie licząc przekleństw, których przytaczać się tutaj nie godzi, było – traffic as usual, czyli korek jak zwykle.

 

Gospodarz znał świetnie miasto, toteż często przemykaliśmy się jakimiś zaułkami, aby uniknąć stania w korkach. Wjeżdżaliśmy w jakieś osiedla, ochraniane przez szlabany i strażników, którzy bez problemu przpuszczali naszą Hondę, widocznie znając dobrze kierowcę. Jeżeli chcesz w miarę sprawnie przejechać przez miasto musisz być po troszę kierowcą rajdowym, po troszę artystą cyrkowym, ale przede wszystkim mieć oczy dookoła głowy i niesamowity refleks. Myślę, że przeniesienie europejskiego stylu jazdy spowodowałoby w New Delhi nieodwracalny chaos i zablokowanie miasta na długie godziny.
Nie wiem, jak to się stało, ale podczas dwutygodniowego pobytu zobaczyłem tylko jedną kolizję – i to w dodatku dość niegroźną. Jej efektem była jakaś straszliwa kłótnia, która pewnie miała udowodnić winę którejś ze stron! Na ogół spokojni i usmiechnięci Hindusi w takich sytuacjach dają upust swoim emocjom, a jeśli do tego włączą się jeszcze przechodnie, to lepiej spieprzać gdzie pieprz rośnie.
Jazda rikszą przez Old Delhi była dla mnie dziwnym przeżyciem. Może dlatego, że po raz pierwszy miałem okazję korzystać z tej usługi. Rikszarz, młody, może 20 letni chłopaczek, był tak chudy, że robił wrażenie poruszającego nogami manekina. Widać było, że wiezienie pod górkę dwóch, (licząc również mojego gospodarza), w końcu dość lekkich osób, sprawia mu kłopot. Stawał wtedy na pedałach i z całej mocy kręcił nimi, tak aby z całą masą innych riksz posuwać się bez przeszkód.

Z motorikszą, małym, zielonożółtym skuterkiem poszło już lepiej. Kierowca, zachwycony, że może wieźć dość niezwykłych pasażerów puścił na cały regulator muzę i co chwile odwracał się do nas z szerokim, typowym dla Hindusów usmiechem.

To wszystko działo się na powierzchni. A pod ziemią?
Pod ziemią, oczywiście nie tylko, pędzi zatłoczone do granic niemożliwości metro. Głównie z pasażerami płci męskiej. Jadąca sama, bez opieki, kobieta narażona jest nie tylko na natarczywe spojrzenia, ale także na dotykanie i ocieranie się. Z głośników co jakiś czas słychać było dwujęzyczne komunikaty ostrzegające, że próby zaczepiania kobiet mogą skończyć się interwencją policji.
Z tego zresztą powodu w delhijskim metrze w każdym pociągu wydzielony jest specjalny wagon dla kobiet, żeby mogły bezpiecznie podróżówać.

Pokochałem przemieszczanie się po New Delhi. Każdego dnia wymyślałem inne miejsce, do którego trzeba było dotrzeć pokonując labirynt ulic. A gospodarz, niczym Tezeusz prowadzony przez nić Ariadny, przywoził mnie zmęczonego, ale szczęśliwego, z powrotem do hotelu.

 I jeszcze kilka migawek z Old Delhi. Ze względu na wąskie ulicę i ciżbę ludzką samochody nie wjeżdżają do tej części miasta. 
 

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę