Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Mostarze – sympatią cię darze :)

Nasz jest ten kawałek podłogi
Miało być o porannym wyjściu na Kriżevać. Tak kończył sie mój ostatni wpis z Medżugoria. Ale postanowiłem złamać nieco chronologię wydarzeń i wyrwać się z tego bądż co bądż dość nudnego miasteczka. Opuszczam więc niedzielę z zupełnie nieciekawym wyjazdem nad Adriatyk do Gradaca, gdzie na kamienistej plaży tłoczyliśmy sie jak sardynki, unikając palącego słońca. Jedyna śmiesznostka, która nas spotkała to pretensji Niemki, która zajęła spory kawałek miejsca, oznaczając go swoją torebką. Nie przejmując się jej protestami dokonaliśmy plażowego anschlussu. Ni
ewyspany i zmęczony stanąłem na straży naszej „lebensraum”, a „Frau Helga”, wściekła na nas zabrała książkę i zniknęła na dobre 2 godziny…
Poniedziałkowy Mostar wyniknął trochę przypadkiem. Absolutnie oprotestowaliśmy ponowny wyjazd nad Adriatyk, również nie bardzo chciało nam się jechać nad wodospady. Mimo „entuzjazmu” księdza Adama, który uporczywie twierdził, że w Mostarze nie ma nic ciekawego do zobaczenia, udało nam się go przekonać właśnie do tej destynacji. Słowa tego używam świadomie, ponieważ żaden szanujący się bloger podróżniczy nie napiszepo prostu kierunek. Destynacja brzmi znacznie bardziej dumnie i jest znaczeniowo o krok od predestynacji. A to już bardzo współgra z charakterem naszego wyjazdu. 
Trzeba przyznać, że ks. Adam był bardzo elastyczny w dostosowywaniu się do naszych potrzeb. Nie było problemu z zaplanowaniem takiego czy innego przedsięwzięcia. W dodatku charakteryzował się  zegarmistrzowską punktualnością. 
Tym razem nasza grupka podzieliła się na dwa oddziały. Tomek z rodziną i córeczkami pojechali nad morze, a pozostali do Mostaru. Do pokonania było tylko 30 km dobrą drogą z fantastycznymi widokami na góry. Myślę, że Bośnia i Hercegowina, mimo, że z ograniczonym dostępem do Adriatyku jest świetnym celem wypadowym dla spragnionych egzotyki. 
Kraj zróżnicowany kulturowo, religijnie, a jego system polityczny ukształtowany po wojnie w latach 90 doprowadzić może do płaczu niejednego studenta politologii. Tak naprawdę BiH składa się z dwóch organizmów – Federacji Bośni i Hercegowiny oraz Republiki Serbskiej. Do tego dochodzi jeszcze okręg autonomiczny Brcko, zarządzany przez siły międzynarodowe. Mnogość ciał ustawodawczych, wykonawczych i sądowniczych jest tak duża, że sensowne ogarnięcie tego w krótkim tekście jest zupełnie niewykonalne. Pomocna w tej materii jest książka „Państwa pojugosławiańskie. Szkice politologiczne” wydana przez UJ autorstwa prof. Ewy Bujwid-Kurek, speca od tematyki bałkańskiej. Mniej wymagających mogę odesłać do pobieżnie omawiającej te zagadnienia Wikipedii
Ja tu gadu, gadu o polityce, a za oknami busa przesuwa się surowy, górzysty krajobraz, od południa wypalony słońcem, od północy porośnięty niezbyt bogatą roślinnością. Teren wręcz idealny do prowadzenia wojny. Sam Mostar znajduje się w kotlinie nad Neretwą. Liczy nieco ponad 100 tys. mieszkańców, z czego ponad 51 tys. to Chorwaci, około 46 tys. Bośniacy i 4 tys Serbowie.
Znajdujemy parking prawie przy samym moście. Dostajemy trochę ponad godzinę na zwiedzenie miasta. Trochę mało, szczególnie dla fotografa. A tu jeszcze w planie zakupy na miejscowym suku :).
Pora zweryfikować opinię naszego przewodnika na temat nieoficjalnej stolicy Hercegowiny. Wąska uliczka prowadzi nas w kierunku mostu. Po obu stronach rozłożone kramy i sklepiki z pamiątkami, torebkami, pocztówkami, ubraniami. Miejscowi oczywiście znają podstawowe słowa po polsku, co oznacza, że jesteśmy ekonomicznie licząca się dla sprzedawców nacją.
Na moście, o czym praktycznie wspomina każdy bloger i przewodnik gromadzą się skoczkowie, którzy za kilkadziesiąt euro uzbierane od turystów rzucają się w 20 metrową czeluść. Nie udało mi się uwiecznić takiego skoku. Zbiórka pieniędzy trwała długo i widocznie skoczek nie był usatysfakcjonowany zebraną kwotą. Może trzeba mu podsunąć wiklinową tackę, która tak dobrze sprawdza się w naszych polskich warunkach.
Robimy obowiązkowe sesje fotograficzne przy moście, na moście obok mostu, przed mostem, za mostem. W ten sposób stajemy sie jego przypadkowymi strażnikami, od których to pochodzi nazwa miasta. 
Czas zagłębić się w lewobrzeżną, muzułmańską część Mostaru. Raczej nie widać oznak wrogości tubylców, tym bardziej, że zbliża się południe i ulice są raczej wyludnione. Zbaczamy z głównego szlaku turystycznego i wychodzimy na szeroką ulicę, przy której znajduję kilka ciekawych obiektów. 
 
Rozwalony, pozostawiony  po wojnie bez remontu budynek, cmentarz bośniackich muzułmanów poległych w czasie wojny, kopuły niewielkiego meczetu, wreszcie zabytkowa dzwonnica. To wszystko na przestrzeni kilkudziesięciu metrów kwadratowych. Jestem zachwycony i naprawdę żałuję, że muszę już wracać.
 
Po prostu uwielbiam włóczyć się po ulicach nieznanych miast, miasteczek, wiosek i wioseczek. Zaglądać w zaułki i zakamarki. Tak było na Krecie, w Gruzji, na Maderze i w Indiach. W tych ostatnich nawet spotkałem się z wrogością Hindusa, który nie był zachwycony moimi fotograficznymi zapędami. Mogło to wynikać z obawy, ze jestem przedstawicielem jakiegoś urzędu, który będzie doszukiwał się legalności istniejących budynków lub sklepików. 
To były chyba jedyny przypadek takiej umiarkowanej niechęci, gdyż generalnie w Indiach wszędzie towarzyszyły mi uśmiechy.
 
W drodze powrotnej Patryk wyszukuje żonie ładną torebkę i targuje się o 1 euro rabatu ( z 6 na 5). Kupiona!
Z uczuciem niedosytu wsiadam do busa. Przejeżdżamy przez bezbarwną część chrześcijańską pełną bloków mieszkalnych i wydostajemy się serpentynami na wzgórze ponad miastem. 
Żegnaj Mostarze, oby nie na zawsze. Bardzo tu co prawda daleko. Na pewno warto przyjechać, ale nie dla samego Mostaru. Jest jeszcze Sarajewo, Srebrenica, wodospady w Jajce, wreszcie – Banja Luka, szczególnie warta odwiedzenia dla blogera, przyciągającego przecież czytelników opowiadaniem banialuk :).
Może jest jakiś magnes, który mieszkańca Galicji ciągnie na przeciwległy kraniec monarchii autro-węgierskiej. Przecież tyle się teraz mówi o tradycji. I to niekoniecznie tej nowej. I świeckiej :).
 

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę