Jechaliśmy dzisiaj z Patrykiem na rowerach przez kompleks budynków Campusu UJ. Nowoczesna architektura w zestawieniu z oryginalnym planowaniem przestrzennym wywołała nasz podziw. Biologia i Nauka o Ziemi, Astronomia, Chemia, Matematyka i wreszcie najbliższy memu sercu Wydział Komunikacji Społecznej mieszczący dziennikarstwo. I ten widok wywołał we mnie wspomnienia osobiste związane z osobą niedawno zmarłego profesora Walerego Pisarka.
-Pan, Panie Przemysławie był u mnie chyba jakieś 10 lat temu? –
rzucił z uśmiechem profesor, ( wtedy jeszcze docent), zza swojego dyrektorskiego biurka w Instytucie Badań Prasoznawczych, który mieścił sie przy ulicy Wiślnej, w budynku niegdyś współdzielonym z „Życiem Literackim” i „Echem Krakowa”. „Echo” wtedy jeszcze funkcjonowało, ale już chyliło sie ku upadkowi, zmiażdżone wymogami ekonomii. Nastąpiła bowiem zupełnie absurdalna sytuacja, że popołudniówka, zwana przez część Krakusów pieszczotliwie brukowcem, musiała ukazywać się rano. Powód? Koszty dystrybucji. Nieopłacalne było rozwożenie do kiosków popołudniu tylko jednego tytułu. Echo stało się popołudniówką tylko z nazwy.
-No, tak, zgadza się – odpowiedziałem – mniej więcej w roku 1984 lub 85.
Żadnych pretensji, żali, że nie napisałem wtedy pracy magisterskiej. Gdy wyjawiłem Profesorowi cel mojej wizyty nie zdziwił się ani trochę. A potrzebna mi była Jego zgoda na przyjęcie na seminarium magisterskie, tak abym mógł wrócić na studia i dokończyć przerwaną przed laty edukację. Zupełnie jakbym po weekendzie przyszedł oznajmić, że właśnie zdecydowałem się napisać pracę mgr o zawartości lokalnego programu telewizyjnego ( czyli Kroniki) i porównaniu jednego miesiąca w roku 1985 i 1995. Inne czasy, inne epoki. ale właśnie dlatego temat, który sobie wymyśliłem był moim zdaniem ciekawy.
Obserwując to co dzieje się dookoła próbowałem znaleźć potwierdzenie dla tezy, że mimo wolności słowa, dziennikarstwo nie do końca stało się wolne. Zniknęły komunistyczne uwarunkowania, ale pojawiły sie naciski ekonomiczne, no i przede wszystkim kategoria zysku, zupełnie nieznana w tzw. minionej epoce. Bałem się decyzji Profesora Pisarka. Przecież zdezerterowałem z Jego seminarium, ukończyłem studia bez absolutorium i obrony pracy.
Zgodził się.
Postawił mi pewne warunki: obecność na wszystkich zajęciach i oddawanie fragmentów pracy zgodnie z narzuconym przez Niego harmonogramem. Radosny i szczęśliwy wróciłem do sekretariatu Instytutu Nauk Politycznych mieszczącego się przy Jabłonowskich ( dawniej Stanisława Ziaji) i oznajmiłem Pani Ilonie, sekretarce, która była spiritus movens mojego powrotu na studia, że mam zgodę promotora! Do tej chwili prowadziły mnie długie zabiegi formalne, tyleż uporczywe, co frustrujące. Wszystko zaczęło się od mojej wizyty w sekretariacie po świadectwo maturalne potrzebne bodaj do Urzędu Pracy. Wtedy padło pytanie ze strony Pani Ilony dlaczego moje świadectwo leży w archiwum, skoro po skończeniu studiów każdemu oddaje się ten dokument. Przyznałem, że nie obroniłem pracy, a do tej pory jakoś nie myślałem o odebraniu świadectwa. I tu padło pytanie, które dosłownie zwaliło mnie z nóg:
A dlaczego Pan nie obronił pracy?
I na to pytanie nie miałem żadnej sensownej odpowiedzi. Po prostu z lenistwa, braku pomysłów, może zupełnie bez powodu….Kolejne podania – do dyrektora Instytutu Nauk Politycznych doc. Andrzeja Mani, do prodziekana d/s studenckich Wydziału Prawa i Admininstracji ( już nie pamiętam nazwiska) – odrzucone. Ostatnia nadzieja – prorektor d/s studenckich, prof. Franciszek Ziejka.
Pismo złożone, a pan petent jedzie na saksy do południowej Francji
zbierać winogrona. Oczywiście nie informuje o tym fakcie nikogo, zasłaniając się wykrętnie koniecznością wyjazdu do sanatorium do Druskiennik. Zdrowie najważniejsze przecież. Po kilku tygodniach wraca i jego zdumione oczy widzą na pismie zamaszystą adnotację JM Rektora – „Zgoda, ale ostatni raz!”. Pytam, czy kto widział, żeby przyjąć gościa na studia po 10 latach i przemianie ustrojowej? Był to dla mnie wielki szok i motywacja równocześnie, żeby sie tym razem rzetelnie do pracy zabrać. I tak w efekcie decyzji profesrów Ziejki i Pisarka, ponownie stałem sie studentem UJ w wieku 35 lat :). Dokonałem skoku ( w czasie), którego nie powstydziłby się Kamil Stoch!!! To oczywiście nie był koniec moich perypetii, ale wierzcie mi, wcale nie jest łatwo zebrać je w sensowną całość, w dodatku taką, żeby kogokolwiek zainteresowała. Bo Stoch to zupełnie co innego…
Wciągająca historia! Nie myślałeś o napisaniu książki? Kryminał to byłby TWÓJ najlepszy wybór! Jaka znajoma ta historia.Ela
Kryminał to był w dniu obrony. A właściwie cud nad Wisłą. Książka – TAK. Ale czy kryminał?