Wieczny student
Zdaje się, że pisałem coś o ciastkach i nałogach. Pozwolicie, że do tematu nie powrócę dopóki nie pozbieram okruszków spod łóżka.
Jeśli chodzi o wątek główny, to studiowanie w charakterze intelektualnego emeryta szło mi całkiem nieżle. Rano o 5 wstawałem do pracy w charakterze zaopatrzeniowca w „Taco Mexicano”, potem miałem czas dla siebie, a wieczorem stawałem za baram w tejże knajpie. Grafik pracy miałem tak ułożony, żebym mógł chodzić na zajęcia.
Było to dla mnie dość śmieszne, bo i ludzie nowi, i przedmioty zupełnie egzotyczne z punktu widzenia człowieka zaczynającego jeszcze studia w epoce Gierka. ale nie powiem, przykładałem się do zajęć.
Szczególnie interesujące były ćwiczenia z Antonim Dudkiem, który zajmująco mówił o stosunkach Kościoła i państwa w czasach powojennych. Oczywiście zdarzały się kawy, ta studencka tradycja dotyczy chyba wszystkich pokoleń. Czas płynął szybko. Uporałem się z jedną sesją, systematycznie zbierałem materiały do badań – polegało to między innymi na tym, że ślęczałem w archiwum filmowym na Krzemionkach i przeglądałem materiały z Kroniki Krakowskiej z roku 1984. Miałem taki pomysł, żeby to zrzucić na video i zrobić załącznik multimedialny, ale to okazało się zbyt kosztowne dla mnie. Pomysł zarzuciłem, tylko na bieżąco nagrywałem w domu aktualne Kroniki, tak, aby móc porównac ich zawartość z tymi sprzed 10 lat. O sposobie i efektach badawczych nie będę się rozwodził, wspomnę tylko, że doszedłem do ciekawego wniosku, iż o religii więcej się mówiło w „minionej” epoce, niż w latach 90. Oczywiście niekoniecznie dobrze.
No, ale dzisiejsza zawartość mnediów publicznych z nawiązką rekompensuje Kościołowi niegdysiejsze straty wizerunkowe.
Dość na tym, że zbliżał się czerwcowy termin obrony. Wydrukowałem jeden egzemplarz pracy, dałem do oprawy i przygotowywałem sie na ten wielki dzień.
Wyglądało na to, że wszystko jest zapięte na ostatni guzik. wszelkie formalności, egzaminy ( nie miałem żadnych poprawek), zaliczenia są w indeksie i na karcie egzaminacyjnej. Pamietajcie, że wtedy jeszcze nie było systemu internetowego, który zapewne zwalnia z posiadania papierowych dokumentów.
Obrona… Częstochowy
Godzina obrony, o ile dobrze pamiętam, wyznaczona była na godzinę 10. Stawiłem sie w Instytucie Nauk Politycznych z żoną i dwoma bukietami kwiatów – dla promotora – profesora Walerego Pisarka i dla Zbysia Bajki – recenzenta, podówczas docenta, przesympatycznego i profesjonalnego pracownika Instytutu Badań Prasoznawczych.
Pierwszy cios został mi zadany przez kierowniczkę sekretariatu, która wyszukała mi brak zaliczenia z jakichś dodatkowych zajęć. Cóż było robić. Złapałem za telefon i zadzwoniłem do Kasi, która była już wtedy asystentką, czy nie może uzupełnić mi indeksu. Zgodziła się i już pędziłem taksówką do niej do domu. Jeden podpis i wracam :).
Ale przeszkody piętrzyły się, jak w jakiejś skomplikowanej grze komputerowej. Tym razem na karcie egzaminacyjnej nie było wpisu od docenta Szostaka, chyba z podstaw prawa. Mimo, że miałem poświadczenie w indeksie, pani szefowa nie chciała mnie dopuścić do obrony. Tutaj sytuacja była bardziej skomplikowana, bo docent od kilku miesięcy przebywał w Londynie na styppendium naukowym.
Pani Ilona, która z sympatią kibicowała mi w zdobywaniu tytułu magistra podszepnęła mi, żebym interweniował u Dyrektora INP profesora Krzysztofa Pałeckiego. Pomysł był dobry, bo Pałeckiego znałem z treningów narciarskich i trochę z wyjazdów narciarskich. Nie była to jakaś szczególna zażyłość, ale jednak byłem przez niego rozpoznawany na ulicy. Trzeba dodać, że Dyrektor jest człowiekiem bardzo przystojnym i niezmiernie towarzyskim. Często można go było spotkać w otoczeniu płci pieknej przy kawiarnianym stolliku. Postanowiłem to wykorzystać i zapukawszy do drzwi Jego gabinetu puściłem przodem elegancko ubraną Zosię, czyli moją żonę. Pan Krzysztof, gdy zobaczył nas oboje w drzwiach polecił mi, abym zaczekał chwilę. I tu wyjaśniłem, być może ku Jego niezadowoleniu, że my razem… I wyłuszczyłem mój problem z brakiem stosownego podpisu. Spojrzał na mnie pobłażliwie, na Zosię z nieukrywanym zainteresowaniem i gromko zawołał „moją” Panią Ilonkę. Wypytał o faktyczmny stan rzeczy, a potem uzupełnił brakujące wpisy.
Uff!!! Życzył mi powodzenia, pogratulował żony.
Audiencja skończona. Główna sekretarka wściekła, że jej zabiegi spełzły na niczym. A ja uboższy o jeden bukiet, który został u prof. Pałeckiego, za kilka minut siedziałem przed komisją egzaminacyjną i odpowiadałem na nietrudne pytania dotyczące mojej pracy. Na koniec profesor Pisarek powiedział, ze chętnie postwiłby mi 5, ale musi mi obniżyc ocenę za niewielkie opóźnienie.
Wierzyć mi się nie chciało, że dokonałem tego. Że wróciłem na studia, napisałem pracę, zostałem dopuszczony do obrony i w końcu dostanę upragniony dyplom!!!
Co prawda z tego faktu nie wyniknęła jakaś zawodowa rewolucja, ale bardzo skutecznie poprawiła się moja samoocena.
Zupełnie tak samo, gdy w wieku prawie Chrystusowym nauczyłem sie pływać :). Pomyślałem wtedy, że dobrze by było przełamać się i opanować przynajmniej „żabkę”. No i powoli, powoli, głownie na basenie w Rużomberoku oswajałem się z coraz głębszą wodą 🙂
Ale wyjazdy do Rużomberoka i Lubochnej na narty to juz zupełnie inna historia, nawiasem mówiąc trochę wcześniejsza niż magisterskie turbulencje.
Obiecuje, że o niej też wspomnę, bo był to bardzo szczęśliwy okres naszego życia :).
A tymczasem życzę wszystkim udanego tygodnia…
I jeszcze jedno. Jak to ujął Mleczko:
„Dla przyjaciół jestem Megi”…