Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Tyłem do fejsbuka

Drżyjcie vlogerzy, blogerzy, influencerzy, fejsbukerzy i wszystkie inne dziwne profesje, które polegają na zapełnianiu sieci różnymi efektownymi śmieciami. Możecie sobie tworzyć filmiki, stroniki internetowe, możecie promować Marki, Janki i inne podwarszawskie miejscowości, których mieszkańcy wyobrażają sobie Bóg wi co! No „marki’ miało być z małej, ale mi się CapLock omsknął i wyszło jak wyszło.
Zapytacie skąd ta moja antywirtualna wena i skrajny okultyzm – t od czytania w okularach!
Rys. J. Zaruba „Bolączki”
W tym celu muszę cofnąć się o lat kilkadziesiąt, do czasów, w których telewizja była absolutnym novum, a książki absolutnym starum. Co po prostu oznacza, że książka nie tylko stała na półce, ale czasami trafiała do rąk Czytelnika. Między innymi do moich też. Oczywiście w pierwszej kolejności wybierałem te z przewagą ilustracji, jakby przygotowując się na czasy współczesne pokoleniu moich dzieci ( a może nawet wnuków). 
Lubiłem rysunki Jerzego Zaruby, portretujące Warszawę, doceniałem kunszt kreski Zbigniewa Lengrena, który w dowcipny sposób komentował codzienność. A dodam, że wtedy jeszcze nie znano rysunków Andrzeja Mleczki, który znacznie póżniej zawładnął moją humanistyczną, znacznie bardziej rozwiniętą półkulą… 
Właściwie śmiało mogę napisać, ze to była ca łokula, tak przynajmniej twierdziła pani profesor Rogalowa, najgorliwsza adoratorka moich matematycznych „umiejętności”. Powiedziała mi kilka miesięcy przed maturą, że prawdopodobieństwo, iż opanuję królową nauk jest takie, jak możliwość napisania przez małpę „Pana Tadeusza”. Tak wzmocniony na duchu porzuciłem myśl o wstąpieniu w mury Akademi Ekonomicznej i skierowałem mój błędny wzrok w stronę Ujotu.
Dodam tylko  że Rogalowa zdezerterowała przed samym egzaminem maturalnym, wybierając neutralną Szwajcarię, a ja popadłem w konfuzję, gdy podczas pisania matmy dostałem pięć rożnych rozwiązań tego samego problemu. Potem pomyślałem sobie, że była to prawdziwa próba dojrzalości, polegająca na dodonaniu właściwego wyboru! A drugorzędne znaczenie miał w tej sytuacji wynik.
Niemniej jednak maturę zdałem za pierwszym podejściem, przy ustnym  z polskiego bełkocząc jakieś zagadnienia z teorii poetyki, które z nieznanym mi i wówczas nielubianym Norwidem, nic wspólnego nie miały.
No i tu dochodzimy powoli do sedna.
Trasa S. Fergussona w poprzek Afryki zaznaczona czarną kreską
Sedno leży mianowicie w Zanzibarze, z którego za przyczyną Juliusza Verne’a wyruszył doktor Samuel Ferguson, uczony i podróżnik, kierując sie niezbadanymi szlakami ku zachodniemu brzegowi Afryki. „Pięć tygodni w balonie” to moim zdaniem  o niebo lepsza książka, niż lekturowe „W 80 dni dookoła świata”. Nie pamiętam co prawda, czy było w niej dużo ilustracji, a jakoś nie mogę się tej pozycji doszukać w moim księgozbiorze. A na pewno ją miałem, bo Verne był moim zdaniem obowiązkową pozycją w życiorysie każdego młodzieńca cie kawego  życia .  Nie będę jej streszczał. Bo choć podobno piszę nieżle, to   jednak oryginał Vernowski ma swoje niezaprzeczalne walory, których warto posmakować samemu.
Wtedy chyba rozpoczęła się moja fascynacja Afryką, której kontynuacją były książki Bernarda i Michala Grzimków o Serengetti ( fantastyczne zdjęcia lotnicze, gdyż obaj Panowie byli pilotami i latali Cessną), reportaże Ryszarda Kapuścińskiego, znakomita „Góra Bogów” Bolesława Mrówczyńskiego odsłaniająca przede mną tajniki życia w Kamerunie.
Był czas, że znałem nazwy wszystkich afrykańskich państw wraz z ich stolicami. A nie było to łatwe, bo na Czarnym Lądzie ciągle wrzało, wciąż pow
stawały nowe państwa i zmieniali się władcy. 
No i patrzajcie! Otwieram Ci ja pewnego dnia skrzynkę.
Pocztową, nie mailową… 
A nie, to nawet inaczej było. Otwieram Ci ja drzwi wejściowe, za którymi czyha listonosz z pękiem poleconej korespondencji służbowej. Podpisuje mu ich odebranie na bardzo nowoczesnym czytniku, a tu z pomiędzy kopert zsuwa się na ziemię widokówka. W pierwszym odruchu pomyślałem, że to spóźnione życzenia świąteczne, tym bardziej, że kątem oka dostrzegłem palmy.
Może to jakiś nowy rodzaj życzeń? Może chodzi o to, żeby zarobić kokosy? Albo dużo zielonych! A może po prostu alert, że emerytura za pasem i jak przystało na zasobnego polskiego emeryta należy rozplanować podróże do krajów egzotycznych?
Nic podobnego. To kartka z Zanzibaru właśnie, wysłana 20 lutego, przebywszy 20 000 mil podmorskiej żeglugi, spędziwszy pięć tygodni w balonie i zapewne prawie 80 dni dookoła świata, dotarła w początkach kwietnia w moje skromne, pychowickie progi, błyszcząc blaskiem oceanicznego słońca i modrozielonym odcieniem malowniczej laguny!
A na odwrocie takie zwykłe, a jakże miłe sercu, napisane odręcznie pozdrowienia dla mojej Rodziny od Agnieszki.
No wiecie Państwo, że poczułem się zupełnie jak władca tegoż Zanzibaru. No bo sami powiedzcie – jedzie ktoś na drugi kraniec świata, ma moc atrakcji – safari, kąpiele, zwiedzania – i mimo to pamięta, żeby wysłać kartkę. Nie dość na tym, ma zapisany adres pocztowy!
Ucieszyłem się, jakbym co najmniej milion lajków dostał. 
A właściwie jakby nigdy nie było żadnego fejsbuka. Zaraz poleciałem do moich epistologiczno-widokówkowych zbiorów i jąłem sobie przypominać, jak to się drzewiej ludzie komunikowali. 
I żal mi się zrobiło tych czasów. 
I żal mi się zrobiło tych ludzi, którzy tamtych czasów nie znają. 
I łzę uroniłem na afrykańskiego trębacza.
I postanowiłem napisać to, co w tej chwili kończę.
I opublikować.
Na blogu.
Niestety…



PS. A c do Grzimków, to w „Przekroju” z 1959 roku znalazłem krótki artykulik o Michale Grzimku. Też z pocztówką…
Poniżej kopia:


Zostaw odpowiedź

Powrót na górę