Salwator dali nie jedziemy – wspomnienia młodego ramola…

Imieniny mają tę zaletę, że dostaje się książki. 
Tym razem oprócz ciasta dostałem od Teściowej książke o Zwierzyńcu. Tak naprawdę niezupełnie to książka a katalog z wystawy, która była eksponowana w Domu Zwierzynieckim przy ul. Królowej Jadwigi. Maleńki oddział Muzeum Historycznego, niegdyś filia muzeum Lenina – tak, tak, mieszkał tu z Nadieżdą Krupską Włodzimierz Iljicz Lenin! – słynie z ciekawych wystaw, sławiących lokalny koloryt dzielnicy rozłożonej wokół ujścia Rudawy do Wisły. Aż wstyd przyznać, że nigdy w tym przybytku nie byłem, chociaż przy Królowej Jadwigi bywałem za szkolnych czasów na kinderbalach u Gosi Kuli, a obecnie nawiedzam mieszkanie moich Teściów ( choć nie wiem, czy zdecydowanie nie za rzadko).
Wydawnictwo nosi nazwę „Prawie wszystko o Zwierzyńcu” – „prawie” jest uzasadnione, bo to tak malowniczy i historycznie ciekawy zakątek Krakowa, że można o nim tworzyć tomy książek i setki albumów.
To ja – romantyk ze Zwierzyńca
Tym bardziej dumny jestem, że tutaj – miedzy Błońmi, które niedługo zostaną chyba jedynym miejscem w Krakowie, nie poddającym się sie apetytom drapieżnych deweloperów, a Laskiem Wolskim, jesienią pyszniącym się czerwienią swojego drzewostanu, kształtowała się moja tożsamość młodego pokolenia Krakusów, nielicznej już grupy rdzennych mieszkańców, zdominowanych przez imigrantów edukacyjno-zarobkowych z całej południowej Polski. 
Ludzi, którym obca jest kultura tego miasta, których ścieżki prowadzą wyłącznie do i z pracy, których niewiele obchodzi wspaniała architektura Krakowa przełomu XIX i XX wieku. 
Salwator i Zwierzyniec to perły Krakowa niemniej lśniące niż Rynek Główny  i Kazimierz, to obszar, który ma szanse zachować swój zabytkowy, przedmiejski charakter.
A propos przedmieścia. Jeszcze nie tak dawno, zaledwie 108 lat temu były one traktowane z lekceważeniem przez zapyziałych mieszczan, dla których związek Wyspiańskiego i Teodory Teofili Pytko, służacej z gminu, musiał stanowić szok na miarę skandalu stulecia!!!!
Z łezką w oku ogląda się rycinę starej karczmy, za która w tle widnieje prastary klasztor sióstr Norbertanek, założony jeszcze przed lokacją Krakowa. A tramwaj, który dojeżdżał tutaj? Nie było petli, motorniczy po prostu przesiadał się i pojazd jechał „tył do przodu”. Dopiero chyba w późnych latach 60. uruchomiono pętlę na Salwatorze.
Jakże lubiłem powtarzać bajkę o Salvadorze Dalim: „Salwator – dali nie jedziemy”. 
Właściwie mógłbym cytować ryciny, reprodukcję obrazów i fotografie z mojego prezentu imieninowego. Ale to chyba nie ma sensu.
Czasy licealne – ale strój andrusa 🙂
Warto, bym dorzucił swoje „prawie„. A jest tego całkiem spora garść, bo mimo, że roztargniony jestem na potęgę ( ostatnio kolega w pracy podsumował mnie, że jeśli czegoś nie zapomnę, to będzie poważnie obawiał się o stan mojego umysłu), to jednak moja pamięć odległa dość ostro rysuje szczegóły z dzieciństwa.
A z tych zdecydowanie wyrózniają się dwie rzeczy. 
Buda – czyli SP nr 19 im Jurija Gagarina, przemianowana jeszcze przed dobrą zmianą na bł. Bronisławy oraz rowerowe wypady do ZOO i Piekar z Andrzejem Wygrzywalskim, kolegą ze szkolnej ławy!
W szkole rzeczy ważnych było wiele, ale zdecydowanie na plan pierwszy wybijały się przerwy zagospodarowywane przez nas do maksimum.
Hazardziści grali w pule, gdzie „mafia” z Przegorzał ogrywała zasobnych mieszczuchów, zarabiając w ten sposób na zakupy u „Żyda”, który koło mostu na Rudawie, mniej więcej przy wjeżdzie na Wiślany bulwar, prowadził budkę z oranżadą, ciepłymi lodami i balonówą Donalda. 
Goniło się też do Gumuły na lody na początku Królowej Jadwigi, tuż pod pętlą tramwajową. To były dwa główne punkty gastronomiczne obsługujące moją szkołę. „Dziwiętnastka” ma tą zaletę, że jeszcze istnieje. A przedszkola, które meściło się naprzeciwko – przy Senatorskiej – w budynku należącym do sióstr serafitek, już nie ma. Pamietam ukłucie w sercu, gdy zobaczyłem, że w miejscu przedszkola powstał nowoczesny apartamentowiec. Sam budynek przedszkola był z czerwonej cegły, w stylu przypominającym pobliskie Wodociągi. Był naprawdę ¬adny, szkoda, że zastąpiło go dość szkaradne domiszcze, zupełnie bez wyrazu. 
I ta piracka zabudowa, bez żadnego ładu i składu nadzorowana przez wszechwładny Wydział (Anty) Architektury trwa do dzisiaj!!!
Wracając do zaspokajania potrzeb konsumenckich. 
Ciekawą instytucją była wytwórnia oranżady Jaworskiego, który długie lata prowadził sprzedaż i napełnianie syfonów na podwórku, a dopiero po jakimś czasie dorobił się małego sklepiku, w którym dość długo pracował Jego syn. Zapewne gatunek i jakość wytwarzanych tam płynów zyskała przybytkowi przydomek „U  Jada”…
Na placu Na Stawach stała charakterystyczna budka z lodami bambino w cenie 1 złoty za waniliowe, owocowe i bakaliowe, oraz 1 zl 60 groszy za odmianę czekoladową. 
Lody bambino były pyszne, dopiero za jakiś czas zostały wyparte przez włoskie carpiggiani, które slawił w swojej piosence Rudi Shubert wraz z „Wałami Jagiellońskimi”.
Pamietam też, że na skraju placu, przy ul. Komorowskiego stały jakieś baraki z okropnie śmierdzącą wygódką na zewnątrz. 
Na placu sprzedawały głównie baby z Przegorzał, Liszek, Rącznej i innych wiosek. Często stała tam też pani Gajowa, Mama mojego kolegi z klasy, Marka, któremu – o zgrozo! udzielałem lekcji z matematyki. Wiem tyle, że Marek przez jakiś czas pracował w dekoratorni Teatru Bagatela. Tak w ogóle z Przegorzał dojeżdżało do nas sporo osób. Przeważnie o nienajlepszej reputacji. Chociaż muszę powiedzieć, że  miałem z wszystkimi dobre relacje. Czy to z Ryśkiem Pasternakiem, czy Leszkiem Kuśmierczykiem ( „Lesu”). Był też Bogdan Kadzban, lekko chromy chłopak… Przytaczam te nazwiska, bo może któryś z nich trafi na ten tekst i w jakiś dziwny sposób się do mnie odezwie. Mało to prawdopodobne… Przynajmniej gdzieś w sieci zostaną wspomnienia, na które ktoś trafi,
Jakoś tak jest, że czym człowiek starszy, tym większa nostalgia go ogarnia i coraz chętniej wraca do wspomnień.
Most Dębnicki. Powódź – pocz. lat 70. XX w. Fot. autor.

Oprócz szkoły były jeszcze wycieczki, na które praktycznie codziennie po szkole jeżdziliśmy z Andrzejem. Ja na swojej damce ZZR (Zjednoczone Zakłady Rowerowe), on na szosowym Albatrosie. Z przerzutkami, a jakże! Ale mimo różnicy w sprzęcie trzymaliśmy się razem, przy czym Andrzej jako pływak i sportowiec zawodowy miał lepszą kondycję ode mnie. Wizytom w ZOO lub eskapadom na prom w Piekarach oddawaliśmy się namiętniei nikt nie myślał, że by siedzieć w domu przy telewizorze. Jedyna gra, która skradła nasze serca  to był cymbergaj rozgrywany na zaimprowizowanym boisku na stole. Dopiero później skonstruowaliśmy z listewek i sklejki odpowiedni, profesjonalny „plac” do cymbergaja. Zawodnikami były zwykle monety jednozłotowe, a piłką jakieś drobne grosze…

Poza tym „pykalismy” w ping-ponga. W przypadku braku partnera grało się „z komputerem”!! Tak, tak, w tych czasach dysponowalismy maszyną do gry. Składała sie ona ze stołu przystawionego do ściany. Rolę przeciwnika odgrywała ściana. Coś a la squash bez partnera :).
Wiecie co? wydaje mi się, że moja opowieść nie ma końca, a tu jeszcze zostały kajaki na Wiśle i narty pod Kopcem Kościuszki.
Zostawmy to sobie na inną okazję, ok?
Bo tak naprawdę, to nie żaden Rynek jest pępkiem świata. Ani nawet Wieża Eiffla… 
Pępkiem świata jest wszystko co otaczało naszą młodość. 
Podwórka, ulice, bramy, w których bawiliśmy się w chowanego i trzepaki, przy których gralismy w gumę.
Jesli ktoś myśli inaczej to jest skończony snob. I basta!!!
A ja czekam na kolejne imieniny. Dodam, że moje :).

Plac Mariacki. Myśle o przyszłości?

Leave a Reply

Powrót na górę