Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Rolki pod Tatrami

Rolki pod Tatrami
Myśl o pokonaniu trasy ścieżki rowerowej na rolkach między podtatrzańskimi miejscowościami pojawiła się dość dawno, to znaczy w momencie, gdy przeczytałem informacje o jej istnieniu.
Pierwsze podejście było nieudane. Burza i mokra nawierzchnia uniemożliwiły zrealizowanie zamierzenia. I dobrze, bo pierwotny plan zakładał wyruszenie z Nowego Targu. Tymczasem po wnikliwej analizie okazało się, że tak naprawdę odcinek do Czarnego Dunajca w przeważającej części wiedzie wzdłuż drogi i jest dość nieciekawy.
Tedy przy drugiej próbie postanowiliśmy pojechać w odwrotnym kierunku mając bardziej na uwadze walory krajoznawcze niż sportowe naszego przedsięwzięcia.
Okazało się, że był to strzał w dziesiątkę.
Do Trsteny przyjechaliśmy przez Chyżne. Zaparkowaliśmy w Rynku, co nie było dobrym pomysłem, bo mieliśmy kłopoty z trafieniem na początek trasy.

Jadąc od granicy w Chyżnem samochodem kierujemy się do Centrum Trsteny ( nie wjeżdżamy na obwodnicę). Zaraz po przejechaniu mostu skręcamy w lewo i powinnismy zobaczyć niewielki parking obok restauracji. To dobre miejsce, bo właśnie tu zaczyna się ( kończy) ścieżka. Jadąc od Chochołowa i Suchej Hory parking mamy po prawej, jeszcze zanim dojedziemy do głównej drogi.

A tu świetna relacja video.


Początkowo trasa prowadzi wzdłuż rzeczki i zabudowań, by po chwili minąć zakład produkcji kabli. Przejeżdżamy pod wiaduktem obwodnicy i zaczynamy wspinaczkę. Trstena leży mniej więcej na wysokości 640 m. npm, punkt najwyższy trasy w Suchej Horze to około 810 metrów. Na pokonanie tej różnicy wzniesień mamy 14 km. Najdłuższy odcinek podjazdu, bo około 7 km kończy się mniej więcej na wysokości 725 metrów. Kolejne 100 metrów zyskujemy circa about na dystansie 4 km. Między tymi podjazdami jest bardziej lub mniej płasko. Jest też niewielki, około półtorakilometrowy zjazd.

Dość szybko zaczynamy sycić nasze oczy pięknymi widokami. Na początku jest to miejscowość Liesek rozciągnięta na dość dużej przestrzeni, a ograniczona wieżami dwóch kościołów. Początkowo podziwiamy jedynie fragment tatrzańskiej grani, zasłoniętej lokalnymi wzgórzami. Jednak z każdym metrem odsłania się coraz piękniejszy widok. Chłoniemy soczystą zieleń wokół nas, tu i ówdzie stadka pasących się krów. Wreszcie jesteśmy świadkami prac rolniczych: grabienia i układania walcowatych „stogów” siana. Dzieje się to oczywiście przy pomocy maszyn rolniczych.

Epoka grabi, ostrewek ( czyli pali, na których układało się kopy siana) odeszła bezpowrotnie w przeszłość. Trudno będzie rozognionym parom wbić się w taki ciasno zbity sienny walec wbić się w poszukiwaniu intymnych wrażeń.

No cóż, ale za to mamy Endomondo, które bezbłędnie śledzi każdy nasz ruch. Po jakichś 2 km wyłania się pierwsza wiata, z wielkim gustem zaprojektowana i wykonana przez Słowaków. Taki miejsc po tej stronie granicy jest sporo, a jeden w bezpośrednim sąsiedztwie kapliczki i pięknie zlokalizowanej Drogi Krzyżowej. 
W obrębie tego miejsca jest też wiejski kibelek, ostatnie „oficjalne” wc na trasie. Warto wspomnieć, że na odcinku 25 km od Trsteny do Czarnego Dunajca jest tu jedyne źródełko wody dostępne przy samej trasie. Następny sklep jest w Podczerwonym.
Robimy tu popas, zdjęcia i krótkie ujęcie do przygotowywanego filmiku. Pojawia się małżeństwo na rowerach z dzieciakiem, samotny rowerzysta. Pod koniec naszego odpoczynku wypłasza nas dość spora grupa cyklistów, którzy na szczęście kierują się w przeciwną stronę. Czeka nas dalszy podjazd. Za nami około 4 kilometrów. Pogoda sprzyja. Nie jest zbyt ciepło, chociaż słonecznie.

Ścieżka zrobiona jest z lekko porowatego asfaltu, który powoduje, ze kółka przenoszą na stopę wibracje. Można się do tego przyzwyczaić, ale na dłuższa metę to przeszkadza. Z kolei po polskiej stronie nawierzchnia jest równa, ale z pobocza dostają się drobne kamyczki, które utrudniają jazdę. Na jednym z takich wywróciła się moja żona i nabawiła się kontuzji nadgarstka. Po drodze kilka gustownych mostków wyłożonych deskami, na których trzeba uważać.Trudno dociec, w którym kierunku będzie prowadzić droga. To jej dodatkowy walor. 

Dojeżdżamy do tablicy z panoramą Tatr. Mamy pewne trudności w zidentyfikowaniu szczytów, ale po chwili części z nich przypisujemy właściwe nazwy. Panorama jest lekko zamglona, zbliża się południe i mocne promienie słońca przeszkadzają w podziwianiu widoków. Wyobrażam sobie jak tu pięknie musi być o zachodzie słońca.

Wreszcie granica. Jakże różni się od tej, która dzieliła dwa „zaprzyjaźnione” kraje bloku wschodniego. Paszporty, kontrole celne, dreszczyk emocji czy każą się rozpakowywać i przepuszczą nadmiarowe ilości alkoholu.
Początkowo lekki spadek zamienia się w nieco ostrzejszy zjazd – niecałe 2 km. Kotlina Nowotarska położona jest wyżej niż Trstena (700 m npm), więc w drodze powrotnej czeka nas więcej zjazdów niż podjazdów. To dobra wiadomość, bo po kilkudziesięciu kilometrach na pewno będziemy mocno zmęczeni.
Docieramy już prawie po płaskim do drogi Chochołów – Czarny Dunajec. Tu uwaga – spory ruch wymusza duża ostrożność. Ale ten wysiłek wynagradza widok rzeki, nad która przerzucony jest stalowy mostek.. To Czarny Dunajec, od którego wzięła nazwa miejscowość położona jakieś 4 km stąd.

Mamy za sobą około 20 km. Zaczyna dawać się we znaki głód i pragnienie. Niestety, na trasie nie ma żadnych miejsc „posiłkowych”, nawet wjechać na rolkach do Czarnego Dunajca nie jest łatwo, bo trasa prowadzi obrzeżami miejscowości. Na szczęście wypatrzyliśmy stacje benzynową, która daje szanse na ciepłego hot-doga i mocna kawę…

To 25 km i połowa naszej trasy. Posilamy się, odwiedzamy wc…
Niestety wspomniana wcześniej kontuzja opóźnia naszą jazdę. Wracamy do stacji, żeby zmyć krew i kupić środek przeciwbólowy. 
Żonę boli prawy nadgarstek, ma drobna ranę od kamienia między palcami prawej dłoni. Jednak postanawiamy jechać z powrotem razem. Lepiej się nie rozdzielać. Gdybym i ja nabawił się kontuzji byłby problem.

Słupki po słowackiej stronie chronią ścieżke przed wtargnięciem nieuprawnionych pojazdów


Nadspodziewanie szybko jesteśmy na granicy. Popas. Zjadamy kanapki i szykujemy się do ostatniego etapu drogi. Mamy za sobą 34 km na rolkach.

Żona pobiła swoją życiówkę z NS-u. I to z ręką zawieszona na zaimprowizowanym z koszuli temblaku. Jest naprawdę bardzo dzielna. Stopy mocno bola od podjazdów. W miarę możliwości odciążam żonę i próbuje ja holować w niektórych momentach.

Teraz mamy świadomość, że obraliśmy dobra taktykę. Przed nami w większości zjazdy. Podbudowuje nas to psychicznie. Trochę zwiększa się ruch, ale i tak jest w miarę spokojnie. Nie bardzo wyobrażam sobie, co się tu dzieje w weekendy przy ładnej pogodzie!
Jeszcze jeden postój. Wiata łatwo dostępna, chociaż sporo takich, do których trzeba na rolkach pokonać kilka kamiennych stopni lub trawnik.
Trochę inna drogą docieramy do naszego samochodu.
50 km. Brawo my! Górski maraton z nawiązką. Piękne zakończenie wakacji. Jutro 1 września…
I jeszcze kilka zdjęć, których nie udało mi się zmieścić w tekście:

Stacja Drogi Krzyżowej

 

Ruiny przystanku kolejowego w Suchej Horze

 

A tyle zostało z dworca w POdczerwonem

 

Autor nad Dunajcem, z którym łączą go mocno sentymentalne wspomnienia 🙂

 

 

Tak fajnie, ze mozna odlecieć..
Pierwszy odpoczynek po około 3 km

 

Jeden komentarz do “Rolki pod Tatrami

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę