Dziś niegdysiejsze Święto Pracy. W przypadku kwarantanny, objawiło się to wizytą w ciągu dnia dwóch, a nie jak zwykle, jednego patrolu policyjnego. Po wczorajszej reprymendzie, kontrolujący funkcjonariusz ledwo uchylił okienko radiowozu…

Próbuję wyobrazić sobie pochód pierwszomajowy w dobie Covid-19. Młodszym czytelniczkom i czytelnikom przypominam, że było to masowe poparcie ludu pracującego miast i wsi dla reprezentującego ich interesy suwerena, którym naonczas była Polska Zjednoczona Partia Robotnicza. Przedstawiciele zakładów pracy, kółek rolniczych, jako też i niezrzeszeni gospodarze, zbierali się w wyznaczonych punktach, zaopatrzeni w transparenty, chorągiewki, portrety i baloniki. Obecność nie była obowiązkowa, ( przynajmniej za moich czasów), ale można ostrożnie powiedzieć, że mile widziana. Przyznam, że dla dzieci, nie zorientowanych ideologicznie, pochód stanowił pewien rodzaj atrakcji. Była oczywiście trybuna honorowa, z której pozdrawiali przechodzących lokalni notable. Z reguły, kilkaset metrów po minięciu tego miejsca, pochód był rozwiązywany. Uczestnicy udawali się na liczne kiermasze ,w celu nabycia deficytowych dóbr – bananów, pomarańczy, ciastek delicji, słowników obcojęzycznych i innych atrakcyjnych towarów. Dodam, że pomarańcze były z Kuby i miały zielonkawy kolor. Chodziła fama, że służą do wypasania bydła na wyspie Castro.
Mój pochód, już w czasach studenckich, jako fotoreportera gazety studenckiej, zakończył się kłopotami. Otóż chcąc uniknąć zdjęć sztampowych, które setkami pojawiały się w prasie, szukałem jakiegoś ciekawego tematu. I znalazłem. Studenci palestyńscy, w charakterystycznych „arafatkach„, czekali na swoją kolej na ulicy Westerplatte w Krakowie. Na ziemi leżały przygotowane banery ze stosownymi hasłami, w rodzaju: „Niech żyje przyjaźn polsko-palestyńska”. Zaciekawiony tą sytuacją pstryknąłem kilka fotek i poszedłem dalej myszkować wśród tłumu. Dodam, że często oczekiwanie na przemarsz trwało godzinę, więc uczestnicy mieli mocno znudzone miny. Jakież było moje zdziwienie, gdy zbliżył się milicjant i poprosił o dokumenty. Pokazałem dowód i legitymację prasową. Coś tam pomruczał i zachęcił niedwuznacznie, abym poszedł zanim. Skierowaliśmy się w stronę stojącego w bocznej ulicy ( Zamenhoffa, o ile pamietam), samochodu ciężarowego, przystosowanego do przewozu jednostek MO, zwanego popularnie „budą”. W jego wnętrzu z wyraźną naganą zadano mi pytanie, dlaczego robię zdjęcia leżących na ziemi transparentów. Zdębiałem. W życiu by mi nie przyszło do głowy, że komuś może się to nie spodobać. Odparłem zgodni e z prawdą. Podejrzliwy funkcjonariusz nie był przekonany do moich wyjaśnień, spisał moje dane i surowo zabronił kontynuowania tego podejrzanego procederu!

Wracając do koronawirusa. Jedyna możliwa forma pochodu musiałaby przyjąć formę korespondencyjną. Otóż, moim zdaniem, organizatorzy pobrali by od uczestników cyfrowe zdjęcia, które po wydrukowaniu w naturalnej wielkości zostałyby umieszczone na ruchomych platformach. Największe, kolorowe zdjęcia, należące do politycznej awangardy, przygotowano by w kolorze. Szaraczkom pozostawiono by wersję czarno-białą lub sepiową, w proporcjonalnie zmniejszonych rozmiarach. Obywatele posądzani o opozycyjny stosunek do rządu, mieliby prawo do formatu pocztówkowego, a czynnie zaangażowani w niechętne władzy partie, byliby reprezentowani w formie wydruków rozmiaru znaczka pocztowego. Być może zostaliby przyklejeni w prawym, górnym rogu wizerunków przywódców, tak aby podkreślić kontrast i niewielkie znaczenie opozycji.
Platformy ( cóż za niefortunna nazwa), jechałyby za autonomicznymi ciągnikami, tak zaprogramowanymi, aby przypadkiem nie mogły wykonać skrętu w lewo. W przypadku Krakowa, jazda w prawo pozwoliłaby zatoczyć pełne koło wzdłuż Plant wokół Rynku Głównego.
Sam pochód stanowiłby próbę generalną przed przygotowywanymi na 10 maja wyborami.
A co do kwarantanny – z żalem patrzyłem, jak małżonka oddala się naszym samochodem w kierunku Centrum, pomimo nadal ścigających ją smsów o konieczności wykonywania zadań!
My do końca „.fali” mamy jeszcze 4 dni!