Dialog dwóch górali po spożyciu alkoholu metylowego:
„Widzis?”
„Nie widzem”
„A widzis?”
Tak to skłonność do gorzałki i niecierpliwa natura ludu podhalańskiego powodowała wiele razy utratę wzroku. A powszechnie wiadomo, że górale wzrok sokoli mają. Szczególnie jeśli chodzi o wypatrywanie zasobnych portfeli. Zawsze się zastanawiałem, jak godzą głęboką religijność z miłością do alkoholu, dudków i (z)ręcznych argumentów w rodzinnych dyskusjach. Bo kiedy już Maryna przychodziła do chałupy, to bił ją ile wlezie. A kiedy zmartwiona pytała: dlaczego?, odpowiadał filozoficznie – kiebyk wiedzioł za co, to byk zabił!.No i, jak się okazuje radni gminy tatrzańskiej nie byli skłoni przyjąć zapisów ustawy antyprzemocowej. Tradycjonaliści. Inna sprawa, że mój kolega, Jacek L., Krakus czystej krwi powiadał: „Jak się baby nie bije, to jej wątroba gnije”. Traf chciał, że poślubił zakopiankę – nie wiem, czy chciał swoją maksymę testować na niej, czy po prostu się zakochał :).
Mimo, że połowa mnie, ( dyskusje – dolna czy górna trwają), pochodzi z Tatr, absolutnie się z tymi metodami nie utożsamiam. Co więcej nigdy na żywo nie byłem świadkiem przemocy….
Wariacje
Wzrokowcem też nie jestem. Od zarania słucham radia. Owszem, jako dziecko marzyłem o kilkunastu programach telewizyjnych, ale teraz stwierdzam, że w żadnym z nich nie ma rewelacji. Ilość nie przeszła w jakość. A jeśli już coś dadzą, to o porze dla człowieka pracy nieakceptowalnej. Tak właśnie było ze spektaklem opartym na tekstach ks. Józefa Tischnera. „Wariacje Tischnerowskie”, które wyreżyserował Artur „Więcek” Baron, ( ten od rewelacyjnego „Anioła w Krakowie”), rozpoczęły się o 22.00. Trochę późnawo. Nie dałem rady do końca, ale dokończyłem na VOD w powyższym linku.
Ksiądz Jegomość udatnie podpatruje moralność górali. Z właściwą sobie swadą i humorem, którego tak u niego nie lubili niektórzy hierarchowie, próbuje odpowiedzieć na moje wątpliwości. Porzućcie koniecznie wszelkie „Domy z papieru” i inne seriale ze zgniłego zachodu na rzecz rodzimego przeboju teatralnego. Szczególnie dla Jerzego Treli, który fantastycznie wcielił się w rolę Wawrzka – Starego Górala .
Uwierzcie mi, chociaż krytycznym okiem patrzę na mieszkańców Podhala, to jak tylko podegrają na gęślach skoczną nutę, nogi same mi się do tańca zbierają. Nawet teraz, co by się łatwiej pisało, wierchową nutę na „spotifaju” żem puścił.
Jeszcze co do wariacji. Po pierwsze to myślę, że od czytania moich tekstów śmiało można zwariować, bo ani w nich ładu, ani składu. Ale w sumie jak przeglądam utwory Noblistów, to szału nie ma. Tokarczuk nawet nie próbowałem ugryźć, przez „Umysł zniewolony” Miłosza też ledwo przebrnąłem. Jest więc i dla mnie nadzieja. A poza tym ten tekst to kolejna wariacja postu o memach. Nie, nie – nie o postumentach. Te już są przydzielone dla ustawionych lepiej ode mnie. Chodzi mi o takie obrazki z tekstami, które zalewają internet. Owszem, raz za czas trafią się śmieszne, ale ja się pytam czy już nikt kawałów nie potrafi opowiadać? Chociażby góralskich!
Memy
Przymierzam się do „memowego” felietonu od tygodnia i ciągle zbaczam. Memandruje. Bo niedawno stwierdziłem, że podobnie jak przed tysiącami lat, zaczyna dominować kultura obrazkowa. I to niekoniecznie od wzajemnego obrażania się w sieci, ale od dominacji obrazu nad słowem. Wkurza mnie to niepomiernie, bo jeśli np.: ktoś do mnie przyjeżdża i zamiast opisać postępy prac w ogródku podtyka mi smartfon z filmikiem. To ja się wtedy czuję jak jakiś jaskiniowiec, niekoniecznie z Lascaux. No i oglądam te rozległe panoramy, dziwaczne ujęcia i cmokam z zachwytu, żeby gości nie przepłoszyć. Odkąd komórki trafiły pod strzechy, zaczyna zanikać komunikowani wzajemne, a jeśli już toczy się dialog, to tak banalny, że wysiadają nawet seriale tureckie.
Nie uważam się broń Boże za lepszego od innych i sam zbyt często wsadzam w smartfon nos, ale jakoś mierzi mnie to ciągłe zerkanie na szklany ekranik z takim trochę wzrokiem owcy skubiącej trawkę na hali. Kto wie, może właśnie stąd wziął się rzeczownik „wzrokowiec”.
No po prostu czysta wariacja.
To może na zakończenie kawał góralski:
przychodzi Maryna do chałupy, Jontek każe jej wleźć pod stół i szczekać. Kobita się broni, ale gazda jest nieugięty: „Kiej ci godom, wlazuj pod stół i scekoj”. Co było robić, zrobiła jak kazał. A on się tymczasem nasrożył: „Coooo, na swojego scekos?!”. I buch ją w pysk!!!